Kliknij tutaj --> 🌃 dr ewa woydyłło osiatyńska
Czy jesteśmy swoimi matkami? - Ewa Woydyłło-Osiatyńska Gosia Ohme | Kafka’15@GosiaOhmeRelacja z matką niewątpliwie jest jedną z najważniejszych kształtującyc
Ewa Woydyłło, królowa polskiej profilaktyki uzależnień, tłumaczy nam, o to co w tym wszystkim chodzi - czy trzeba cierpieć, jak sobie radzić, jak trzeźwieć, i w końcu, co ćpać po odwyku.
EUPHIRE: Uzależnienie nie dotyka wyłącznie osoby uzależnionej, ale rozprzestrzenia się również na jej relacje z bliskimi Często prowadzi
Jak się kłócić i pozostać w przyjaźni? - Wykład dr Ewy WoydyłłoKawiarnia Naukowa 1a, Wawerskie Centrum Kultury, 29 kwietnia 2015 r.http://wszechnica.org.pl/1
Liczba naszych lęków i rzeczy, które ciężko zaplanować, rośnie. Jak odnaleźć się w tej rzeczywistości? Odpowiada doktor psychologii Ewa Woydyłło-Osiatyńska.S
Site De Rencontre De Jeune Gratuit. “Mąż umarł wiosną, jesienią zaczęłam się rozsypywać” - przyznała w wywiadzie dla “Wysokich Obcasów” Ewa Woydyłło-Osiatyńska, doktor psychologii i pisarka, która od wielu lat zajmuje się terapią osób uzależnionych. “Stratę trzeba oswoić - dla siebie i w sobie. Spojrzeć jej w oczy. Odważyć się przyjąć ją na zawsze. Ból nie mija, lecz z czasem stopniowo cichnie i maleje”. O tym, jak radzić sobie ze śmiercią, stratą i żałobą opowiedziała w najnowszej książce “Żal po stracie. Lekcje akceptacji”. Ewa Woydyłło śmierć męża: “Pierwszy czas po śmierci był potwornie trudny” Wiktor Osiatyński, prawnik, działacz społeczny, pisarz i wykładowca, niepijący alkoholik, zmarł 29 kwietnia 2017 po długiej i wyczerpującej chorobie nowotworowej. Miał siedemdziesiąt dwa lata, przez czterdzieści jeden był mężem Ewy Woydyłło. Była przy nim do końca, opiekowała się Wiktorem w domu. Kilka miesięcy po jego śmierci organizm Ewy Woydyłło całkowicie się rozregulował. “Pomogli mi lekarze, kardiolodzy, ale faktem jest, że to było memento, panika” - tłumaczyła w rozmowie dla “Wysokich Obcasów”. Diagnoza - zespół stresu pourazowego, który uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Usłyszała od lekarzy, że musi się ratować, bo “psychika trzaśnie”. Typowymi objawami są napięcia lękowe, wyczerpanie i poczucie bezradności, powracające koszmary i halucynacje. Ewa Woydyłło przyznała, że po śmierci męża nadal widziała go w tym samym fotelu, słyszała jego głos. Zastanawiała się, czy będzie w stanie nadal mieszkać w ich wspólnym domu. Choć o radzeniu sobie ze stratą i przeżywaniu żałoby wiedziała sporo, po śmierci męża całkowicie się rozsypała. I chociaż żałoba nie jest przecież chorobą, to mocno osłabia psychikę, nadwyręża cały organizm, wyczerpuje jego siły tak bardzo, że nawet najmniejszy wysiłek może spowodować załamanie. Z pomocą przyszli najbliżsi, dzięki nim żałoba Ewy “nie pożarła”. Przyjaciółki nie tylko troszczyły się o nią, ale także pomogły jej zmienić wystrój mieszkania, a tego bardzo w tamtym momencie potrzebowała. Wspólnie sprzedały część mebli, przemalowały szafę, pomogły Ewie odzyskać utraconą przestrzeń. O radzeniu sobie ze stratą i przeżywaniu żałoby Ewa Woydyłło-Osiatyńska napisała książkę “Żal po stracie. Lekcje akceptacji”. Tym, co najbardziej interesowało psycholożkę i co było głównym powodem, dla którego powstała ta książka, jest zdolność rozumienia akceptacji po największej stracie (śmierć najbliższego człowieka) jako źródła ulgi, spokoju i miejsca, w którym żal jest tylko cichym wspomnieniem przeszłości. Według Woydyłło-Osiatyńskiej tylko “akceptacja umożliwia odzyskanie autonomii, samostanowienia i przeżywania innych uczuć niż żałoba po kimś”. Psychoterapeutka opisuje proces przeżywania żalu i żałoby, który składa się z czterech faz emocjonalnych zmagań, pomagających w dostosowaniu się do nowej rzeczywistości oraz finalnego etapu, czyli akceptacji (adaptacji) do nowych warunków po stracie najbliższej osoby. Ewa Woydyłło biografia Ukończyła historię sztuki na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, po ich zakończeniu przeniosła się na Uniwersytet Warszawski, na którym ukończyła studia podyplomowe z dziennikarstwa. Psychologią zainteresowała się sporo później. Wykształcenie w tym kierunku zdobywała na Uniwersytecie Antioch w Los Angeles, a doktorat z psychologii uzyskała na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Od 1987 roku współpracuje z Ośrodkiem Terapii Uzależnień Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Jest również członkinią pozarządowej Fundacji im. Stefana Batorego, w której kieruje Komisją Edukacji w Dziedzinie Uzależnień. W latach 1990 - 2002 prowadziła wykłady na Uniwersytecie Warszawskim, Lubelskim, Łódzkim, Akademii Pedagogicznej w Krakowie oraz Uniwersytecie Trzeciego Wieku. W 2002 roku odznaczona Medalem św. Jerzego, nagrodą przyznawaną przez Tygodnik Powszechny, za swoje osiągnięcia na arenie psychologii. W tym samym roku odebrała również Złotą Odznaką, przyznaną przez Ministra Sprawiedliwości. Trzy lata później nagrodzona przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Za książkę “Rak duszy” odebrała Nagrodę Teofrasta przyznawaną przez czytelników miesięcznika “Charaktery”. Ewa Woydyłło-Osiatyńska spopularyzowała w Polsce leczenie uzależnień według tzw. Modelu Minnesota, opartego na filozofii Anonimowych Alkoholików. Ewa Woydyłło: moje książki to “pisany gabinet terapeutyczny” Autorka kilkunastu poradników o tematyce psychologicznej, ceniona terapeutka, od niemal trzydziestu lat radzi Polakom jak radzić sobie z uzależnieniami oraz trudnymi relacjami z innymi. W swoich książkach najczęściej podejmuje tematy uzależnienia alkoholowego, depresji, budowania relacji między partnerami, opowiada o rozmaitych dolegliwościach duszy i ciała. Wiele publikacji adresuje do kobiet, zarówno tych, które borykają się z poważnymi problemami, jak i tych, które mają chwile zwątpienia, słabości i smutku. Najbardziej docenioną i nagrodzoną przez czytelników publikacją jest wydana w 2011 roku książka “Rak duszy”, będąca kompendium wiedzy o uzależnieniach. Czytelnicy mogą znaleźć w niej praktyczne informacje o tym, czym jest uzależnienie oraz porady, jak z nimi walczyć lub żyć z osobą uzależnioną. Wybieram wolność, czyli rzecz o wyzwalaniu się z uzależnień Początek drogi. Wykłady psychologa na Oddziale Odwykowym Zgoda na siebie. Wykłady psychologa na Oddziale Odwykowym Aby wybaczyć. Poradnik dla rodzin alkoholików Zaproszenie do życia Po co nam psychologia? W zgodzie ze sobą Wyzdrowieć z uzależnienia Sekrety kobiet My – rodzice dorosłych dzieci W zgodzie ze sobą Podnieś głowę Poprawka z matury Rak duszy. O alkoholizmie Buty szczęścia Dobra pamięć, zła pamięć Bo jesteś człowiekiem. Żyć z depresją, ale nie w depresji Ludzie, ludzie... Żal po stracie. Lekcje akceptacji Zobacz także: "Narcos" zrobił z niej potwora. Jaka jest prawdziwa historia miłości Vallejo i Escobara? Zakazana miłość Sophii Loren i Carlo Pontiego. Watykan nazwał ich grzesznikami Pierwszy mąż kazał jej zoperować nos i wybielić skórę. Drugi zniszczył karierę. Nieszczęśliwe życie Rity Hayworth
Ziemia od lat daje sygnały, że człowiek mocno ingeruje w jej naturalny rytm. Choć większość z nas chce jej pomóc, czas wojny sprawił, że liczba problemów do rozwiązania namnożyła się. Niestety podobnie jak liczba naszych lęków i rzeczy, które ciężko zaplanować. Jak odnaleźć się w tej rzeczywistości? Odpowiada doktor psychologii Ewa Woydyłło-Osiatyńska. Ewa Woydyłło-Osiatyńska o lękach. Jak sobie z nimi radzić? Podczas sesji dla VIVY! zapytaliśmy doktor psychologii o to, jak radzić sobie ze strachem przed wojną. „Żeby oswoić swoje lęki, bo nie wiem czy da się je zmniejszyć, to przede wszystkim nie można stronić od faktów. Nie można się na nie zamykać, nie wolno się od nich odwracać. Zamykanie oczu na fakty niepokoju nie uśmierzy, a tylko pogłębi chaos i niewiedzą”, powiedziała nam. „Druga rzecz to rozmawiać. O tym, co przeżywamy. Ja często dodaję, że warto też otaczać się i zwracać się do ludzi pogodnych. Jedni będą katastrofizować, a inni wykażą się opanowaniem. Lepiej wejść w tę konwencję spokoju”, dodała. Bohaterka nowej VIVY! wyjaśniła także przed naszą kamerą, jak rozmawiać z dziećmi o wojnie. Kilka cennych wskazówek pozwoli to zrobić mądrze i rozważnie. Posłuchajcie materiału wideo do końca. CZYTAJ TEŻ: Ewa Woydyłło-Osiatyńska o lęku, wojnie, pandemii i pomaganiu. „Musimy się z tym zmierzyć, nie ma innego wyjścia”, podkreśla Fot. Olga Majrowska Wojna a ochrona środowiska – fragment wywiadu z Ewą Woydyłło-Osiatyńską z VIVY! Zanim wybuchła pandemia, martwiliśmy się o katastrofalne zmiany klimatyczne. Teraz dobro planety zeszło na dalszy plan. Ale strach o Ziemię, o przyszłość cały czas powoduje rozlany lęk. Widziałam niedawno fantastyczny film dokumentalny „Jestem Greta” – o Grecie Thunberg, dziewczynce, która w wieku 15 lat rozpoczęła protest pod budynkiem szwedzkiego parlamentu przeciwko zmianom klimatu. Przestudiowała masę książek na temat klimatu i historii Ziemi, ona naprawdę to rozumie i udaje jej się przebić w świecie cynicznych facetów, którzy próbują ją zagłuszyć. Jest nadzieja, że ten proces dewastowania Ziemi i klimatu zastopuje. W czasie pandemii widziałam przejmujący monodram „Simona K. Wołająca na puszczy”, przypowieść o walce i ukojeniu, jakie może dawać przyroda, który zagrała rewelacyjna Agnieszka Przepiórska. Simona Kossak pochodziła ze słynnego rodu Kossaków, ale porzuciła Kraków i została profesorem nauk leśnych. Mieszkała przez 35 lat w starej leśniczówce Dziedzinka w samym sercu Białowieskiego Parku Narodowego. Słynęła z bezkompromisowych poglądów, wrażliwości na los zwierząt i działań na rzecz ochrony przyrody. Walczyła z niehumanitarnymi metodami badań naukowych przeprowadzanych na zwierzętach. Wytoczyła proces PAN-owi i wygrała tę sprawę. Wierzę, że biologia obroni się przed człowiekiem, a człowiek jej w tym pomoże. Chyba nie mamy wyboru Oczywiście, że nie mamy. Pewnie młodzież to pociągnie, oni szybciej odradzają się po traumach. Oni zadbają o Ziemię, będą naszą lokomotywą. Już są kraje, jak Nowa Zelandia, Islandia, inne kraje skandynawskie, gdzie troska o planetę jest priorytetem. Ich społeczeństwa już zrozumiały, że nie warto mieć 40 sukienek, bo wystarczą cztery. Inaczej hodują rośliny, zwierzęta, inaczej się ogrzewają. A jak trochę zmarzną, to ubierają się cieplej. Oni już mają inną świadomość. Poza tym ludzkość przetrwała wiele tysięcy lat. I trwa. Kain zabił Abla, jak było ich tylko dwóch. Dziś proporcja jest na korzyść przetrwania. ____ Cały wywiad prasowy przeczytasz w nowej VIVIE!. Czytaj także: Doktor Tomasz Rożek o groźbie wybuchu wojny atomowej i katastrofie klimatycznej Fot. Olga Majrowska @
Trzeźwość, uczciwość, godność - Wiktor Osiatyński Co zrobić by nie wrócić do picia? - MeszugeWalka z alkoholem z góry skazana jest na porażkę. Jeśli więc wiem, że przegram to nie wychodzę na ring - Tomasz Wołek Jak dziś piją kobiety? - Mika DuninWszystko co powinieneś wiedzieć o głodzie alkoholowym i nawrotach My Nałogowcy - Ewa Woydyłło Czy związek z osobą uzależnioną ma szansę przetrwać? - Maria ChmielewskaSekrety kobiet - Ewa WoydyłłoDamskie picie: kieliszek zamiast bliskości - Joanna Stryjczyk Wywiad z Małgorzatą Halber autorką książki: " Najgorszy człowiek na świecie” Warunki odzyskiwania trzeźwości - Ks. Marek DziewieckiAlkoholizm - problem w którym tkwi cała pułapce rozwoju choroby alkoholowejCo Anonimowi Alkoholicy robią żeby nie pić?Esperal - straszak, strażnik czy odroczenie zdrowienia? Powód zawsze się znajdzie...Ojcowie i alkohol Uzależnienia » Polecane artykuły » Ach, My Nałogowcy - Ewa Woydyłło ACH, MY NAŁOGOWCY - Ewa Woydyłło Nałogowcem jest po trosze każdy, bowiem sama Natura wyposażyła nas w zdolność (jeżeli wręcz nie w skłonność) do uzależnień. Kwestia tylko, na co i kiedy człowiek natrafi, co wypróbuje i wyćwiczy jako strategię pomocną w życiu. Kiedyś za nałogowca uważano kogoś, kto stacza się ku ruinie, dziś już nawet tego, kto powoduje jakiekolwiek przykre skutki dla siebie lub otoczenia. Kiedyś przypuszczano, że tylko ludzie o słabym charakterze padają ofiarą nałogów, dziś rozumiemy, że to nałóg uszkadza charakter, ale wystarczy, że uzależnione zachowanie zostanie skutecznie powstrzymane, a bezwolnych nałogowców zaczyna często cechować tytaniczna wola. I chociaż wciąż nie rozwiązano do końca wszystkich zagadek, jedno zdecydowanie się wyjaśniło, to mianowicie, że mechanizmy różnych uzależnień są uderzająco podobne. Z pomocą neurofizjologii, biologii molekularnej, farmakologii, psychologii i genetyki udało się już wyjść z największego gąszczu znaków zapytania i rzucić trochę światła na istotę tego złożonego fenomenu. W każdym razie, kto śledzi odkrycia w tych dziedzinach już nie powie, że alkoholik czy narkoman "sam jest sobie winien". Bo też i nie jest, skoro do uzależnień przyczyniają się uwarunkowania psychologiczne, społeczne, dziedziczne, fizjologiczne, kulturowe (chyba w sumie łatwiej byłoby wymienić, jakie nie). A wszystko, powiadają uczeni, zawdzięczamy budowie naszego mózgu, zwłaszcza regulatorom obwodów władających doznaniami przyjemności, ulgi, ekstazy. Uzależnienia są dość naturalnym rezultatem naszej neurobiologii i jej interakcji z pewnymi bodźcami. Każdy lubi uczucia "luzu" i "haju" na tej samej zasadzie, na jakiej każdy lubi smaczne jedzenie czy orgazm. A substancja lub zachowanie, od którego się uzależniamy, dostarcza podobnego uczucia i dopiero w drugiej kolejności powoduje szkody i straty. Z czasem straty są coraz większe, ale osoba uzależniona nie może już odmówić sobie tego, co dostarcza jej przyjemności. Minimalizuje więc konsekwencje, okłamując przede wszystkim siebie. A jednocześnie stara się przerzucić najgorsze konsekwencje na innych, zwłaszcza najbliższych. Alkohol zwalnia hamulce i dodaje animuszu, więc nieśmiali (lub po prostu niedoświadczeni i niewyrobieni) łatwo wciągają się w nawykowe picie, skąd tylko krok do nałogu. Góra łapczywie zjedzonego spaghetti "pomaga" poradzić sobie z nie wyrażonym uczuciami i niepokojem. Człowiek z kompleksem niższości, lękający się odrzucenia, znajduje potwierdzenie samego siebie w nieokiełznanym seksie. Ktoś, komu wmawiano, że jest niewiele wart, często będzie pracował dzień i noc usiłując udowodnić, że jest inaczej. Od czasu, gdy zaczęto rozumieć te mechanizmy, a zwłaszcza gdy dostrzeżono wieloprzyczynowość uzależnień, ich lista się wydłużyła. Nagle zauważono, że nie tylko nadużywanie alkoholu czy innych "substancji zmieniających nastrój" (np. kawy, herbaty, papierosów, czekolady) może wejść w szkodliwy nawyk, czyli nałóg, lecz że podobnie niedobrym nawykiem może się stać jedzenie, seks, hazard, zakupy, sport, stosowanie przemocy albo poddawanie się jej, dbanie o czystość lub własny wygląd, a nawet religijność i praca. Najdalej zaszli w tych analogiach Amerykanie, którzy miarę uzależnienia zaczęli ostatnio przekładać - i pasuje jak ulał! - nawet do przestępczości. Rozumują tak: " Jeżeli ktoś się wciągnie w proceder kryminalny, to - niezależnie od tego co było pierwotną przyczyną - trudniej mu zaprzestać niż brnąć dalej mimo coraz gorszych konsekwencji. U kryminalisty, jak u alkoholika czy narkomana, zaczynają dochodzić do głosu różne mniej lub bardziej wyrafinowane mechanizmy obronne: zaprzeczanie ("nie mam żadnego problemu"), racjonalizacja ("każdy by...gdyby tak jak ja..."), obwinianie ("to nie moja wina, przecież inaczej nie da się żyć"), minimalizacja ("inni jeszcze więcej, ja tylko...")." Prawda, że pasuje i do złodzieja i do alkoholika? Co ciekawsze, pasuje też do tego, kto notorycznie zdradza żonę albo czwarty raz się rozwodzi, szukając wciąż nowych partnerów. Takich zresztą też w Ameryce przebadano i stwierdzono, że chemia mózgu w stanie erotycznego zakochania do złudzenia przypomina to, co dzieje się po zażyciu morfiny lub amfetaminy. Antropolog dr Helen Fisher z Waszyngtonu powiada, że fakt, iż tyle ludzi w ogóle potrafi żyć w związkach monogamicznych, jest absolutnym "triumfem kultury nad naturą". Możliwe, ale w końcu czymś od zwierząt wypada się różnić. A właśnie uzależnienia tę różnicę niwelują, niekiedy w sposób drastyczny. Oprócz "odnałogowych" chorób i uszkodzeń różnych organów oraz destrukcyjnych zachowań związanych pośrednio i bezpośrednio z nałogami, najcięższym ich skutkiem jest zahamowanie rozwoju emocjonalnego i duchowego człowieka, innymi słowy , zahamowanie procesu osiągania kolejnych etapów dojrzałości. SPIRALA W uzależnieniu tkwi bowiem pułapka. Droga przez życie niebezpiecznie zaczyna się zawężać, zamiast się rozszerzać i rozgałęziać w wyniku nowych doświadczeń. Człowiek uzależniony zatrzaskuje się w labiryncie bez wyjścia. Zaczyna się kusząco i niewinnie: oto przypadkiem odkrywam sposób na ulepszenie mojego życia. Hazard zastępuje miłość; pełna lodówka staje się towarzyszem życia osoby cierpiącej na samotność, skręt z marychy staje się przepustką do grupy rówieśniczej. "Sposób" spełnia oczekiwania, więc coraz więcej go pragnę, ale im więcej tego "sposobu", tym większe pragnienie, a mniejsze spełnienie i w którymś momencie kółko się zamyka. Kiedy jeszcze dojdą przykre skutki tego nadużywania, to mam podwójną robotę: już nie tylko pragnę poczuć się lepiej, tak jak na początku, ale teraz najpierw muszę usunąć te przykre i bolesne skutki. Klin na kaca; onanizm, by poradzić sobie z zazdrością spowodowaną własną zdradą; jeszcze jeden pokerek, żeby się odegrać, itp. Kółko zamyka się podwójnie, a raczej zmienia w spiralę, która gdzieś na końcu prowadzi już tylko do ślepego zaułka, a wtedy jedynym wyjściem jest skończyć z tym wszystkim, jakkolwiek, byle już nie cierpieć. Ponieważ scenariusz ten, w mniej lub bardziej dramatycznych odcieniach, może się zdarzyć w przypadku każdego uzależnienia, nawet, z pozoru tak niewinnego jak nikotynizm czy pracoholizm, powstało zapotrzebowanie na odpowiednie metody pomocy terapeutycznej. Medycyna, mając do dyspozycji jedynie antikol i esparal dla alkoholików i metadon dla heroinistów, właściwie okazuje się bezradna; do głosu doszli więc terapeuci wyszkoleni w technikach opartych nie na farmakoterapii lecz na alternatywnych metodach leczenia ciała i duszy, niekiedy trącących szarlatanerią, ale częściej po prostu nienaukowością. To jednak nieważne, skoro pomagają tylu nieszczęśnikom odzyskiwać zdrowie, zdolność do rozwoju, odrodzenie uczuć wyższych i samorealizacji. POLUBIĆ SIEBIE Leczenie uzależnień jest piękne. Oparte jest na miłości i prawdzie, akceptacji i wspólnocie ludzkich doświadczeń. Terapeuci różnią się od pacjentów głównie tym, że sami w tym miejscu już kiedyś byli i poszli troszeczkę naprzód, i to niezależnie od tego, jaki był ich "problem". Mogli się nie upijać, tylko palić papierosy; mogli za bardzo kogoś kochać, tak że przyniosło to im nieszczęście i zniewolenie. W terapii uzależnień nie ma lepszych i gorszych. Tam wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Uczyłam się tego w Ameryce począwszy od studiów psychologii, na których miałam aż sześć osobnych przedmiotów związanych z uzależnieniami, potem na stażach niezbędnych do uzyskania magisterium i specjalizacji "terapeuty uzależnień", a następnie, już na własną rękę, w letnich szkołach, na kursach, seminariach oraz po porostu pracując i odbywając praktyki w ośrodkach leczenia uzależnień: Hazelden, Cornerstone, Caron, Smithers, Heritage Health, Glendale, a jest w USA takich klinik kilka tysięcy. Oczywiście nie są identyczne, niemal każda ma swoją specyfikę i sławę, ulubioną klientelę i swój "przechył filozoficzny". *Do Betty Ford Center w Południowej Kalifornii jeżdżą gwiazdy; * w Ashley dyrektorem jest ksiądz alkoholik, trzeźwy od kilkudziesięciu lat; *w Glendale na Florydzie 50% personelu to psychiatrzy, a spośród nich blisko 100% spotyka się na własnym , rzec by można, "zakładowym" mityngu Anonimowych Alkoholików; * High Watch słynie z tego, że w ogóle nie ma na etacie żadnego psychologa, a leczą jeden drugiego sami alkoholicy posługując się jedynie programem AA. W tej mieszance rozmaitości, mnie osobiści zachwycił program Sierra Tucson, ośrodka położonego w pustynnej oazie, otoczonej dwoma pasmami gór na południu Arizony. Na specjalnie wytyczonej ścieżce o nazwie Serenity Trail - Szlak Pogody Ducha - spotkałam 40-letnią alkoholiczkę Jo-Anne, leczącą się z anoreksji nastolatkę Tandy i bardzo przystojnego Boba, który przyjechał pod naciskiem żony, grożącej mu rozwodem, jeżeli nie przestanie przesiadywać w pornokinach i chodzić do domów publicznych. I wiele innych. W Sierra Tucson leczą bowiem wszystkie uzależnienia. Nie oszczędzają też praktykantów; w ciągu pierwszego tygodnia "obserwacyjnego" każdy dostaje diagnozę. Również gdy ktoś nie chce, a raczej przede wszystkim wtedy, na pewno mu coś wynajdą; a to, że tak silnie walczy ze sobą, żeby się od niczego nie uzależnić, że grozi mu uzależnienie od niezależności. U mnie rozpoznano cztery uzależnienia, ale gdy już-już miałam się załamać, pospieszono z gratulacjami, że ktoś tak "wolny" zdarzył im się dawno temu. David Mitchell, terapeuta prowadzący zajęcia w grupie, w której się znalazłam, tłumaczył mi, że: "nieważne co się leczy; każdego trzeba tak samo nauczyć, żeby siebie polubił takiego jakim jest. Żeby uwierzył, że fakt, iż mamusia, tatuś i inni ważni ludzie ciągle go krytykowali i usiłowali przerobić, wpasować inny moduł, naprawić, żeby był lepszy niż jest." Ewa Woydyłło
Kadra i stali współpracownicy Ośrodka Terapii Traumy „Oddech”: Dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska – superwizorka Ewa Harasimowicz – psycholog, absolwentka Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Psycholog w Ośrodku „Dom” dla Ofiar Przemocy w Rodzinie. Od 2008 roku członek Zespołu Pomocy Poszkodowanym w wypadkach lotniczych, działającego w ramach Struktur Kryzysowych PLL LOT. Uczestniczka szkolenia z zakresu międzynarodowych standardów kompleksowej metody wsparcia psychologicznego CISM – Critical Incident Stress Management. Specjalistka traumy i dysocjacji dzieci i młodzieży (wg standardów NSLT) oraz praktyk Somatic Experiencing® (SE) metody leczenia traumy wg dr Levine’a. Hanna Dufner – nauczycielka, specjalista pedagog-psychotraumatolog, doradca psychotraumatolog, absolwentka Uniwersytetu Śląskiego – Wydziału Pedagogiki i Psychologii w Katowicach, Steinbeis-Hochschule w Berlinie oraz Schweizer Institut für Psychotraumatologie w Winterthur. Praktyk Somatic Experiencing® (SE) metody leczenia traumy wg Dr P. A. Levine’a. Członek zarządu stowarzyszenia SE-Schweiz. Autorka i współautorka publikacji dotyczących problematyki terapii zaburzeń posttraumatycznych u dzieci oraz dynamiki procesów wychowawczych w rodzinach adopcyjnych i zastępczych. Tłumaczka literatury fachowej min. dwóch artykułów prof. dr Stephen’a W. Porgesa Prowadzi prywatny gabinet ( w Suhr w Szwajcarii. Mama biologiczna i adopcyjna lubiąca sklejać modele samolotów. Urszula Bartnikowska – pedagog specjalny, dr hab. nauk społecznych, prof. Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie (Katedra Pedagogiki Specjalnej). Zainteresowania naukowo-badawcze: osoba z niepełnosprawnością w rodzinie (również dziecko niepełnosprawne w rodzinie adopcyjnej i zastępczej), społeczność oraz kultura Głuchych, edukacja alternatywna/pozaszkolna/domowa, wpływ wczesnych doświadczeń na funkcjonowanie dziecka. Edukatorka (realizator wielu projektów edukacyjnych, Szkoła z Klasą Liderzy i Liderki Tolerancji Centrum Edukacji Obywatelskiej, “PoczytajMy” CEO), zwolenniczka alternatywnych form edukacji (w tym edukacji pozaszkolnej) oraz dostosowywania otoczenia do potrzeb dziecka z wczesnymi doświadczeniami traumatycznymi. Prywatnie mama adopcyjna. Autorka i współautorka wielu publikacji, również dotyczących terapii, wychowania i edukacji dzieci z doświadczeniami przemocy i zaniedbania. Joanna Helios – prawnik, radca prawny, doktor habilitowany nauk prawnych, Uniwersytet Wrocławski. Wykładowca. Współzałożycielka Stowarzyszenia Amabiles działającego na rzecz rodzicielstwa adopcyjnego i zastępczego. Zainteresowania badawcze: pragmatyczne ujęcia feminizmu, przemoc wobec kobiet, wolność edukacyjna, ochrona prawna zwierząt, trauma a prawo. Autorka i współautorka wielu publikacji i książek min. „Dysocjacja jako hard case w systemie prawa” Mama adopcyjna; edukator domowy. Miłośniczka polskich i skandynawskich kryminałów. Halina Nienałtowska –projektantka mody, krawcowa. Swoje umiejętności zawodowe zdobywała w pracowniach projektantów uczestnicząc w tworzeniu kolekcji na pokazy mody. Prowadzi własną pracownię krawiecką przy ul. gen Józefa Hallera 5/7a pod nazwą STUDIO KRAWIECTWA MIAROWEGO „MÓJ STYL„ Tel. 500 256 091. Najwięcej satysfakcji sprawia jej szycie rzeczy zwariowanych – takich jak ubranka dla piesków, zabawki, różne gadżety reklamowe oraz rzeczy nietypowe. Mama dwóch córek oraz właścicielka trzech przepięknych piesków yorków.
Mamy władzę nad swoim życiem i samopoczuciem Dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska – psycholożka i psychoterapeutka, specjalistka terapii uzależnień, wykłada w Collegium Civitas, kieruje programem nt. uzależnień w Fundacji im. Stefana Batorego, autorka książek z dziedziny psychologii – najnowsza to „Dobra pamięć, zła pamięć”. Napisała pani książkę o pamięci, z której wynika, że jakość naszego życia w dużej mierze zależy od tego, co pamiętamy ze swojej biografii. Pani wspomina tylko dobre chwile. – Nikt chyba nie sądzi, że spotykały mnie wyłącznie dobre rzeczy, ale świadomie skupiam się na pamiętaniu zdarzeń dobrych i budujących, a nie na przykrych. To kwestia wyboru. Chcesz być promienna? Powracaj do tego, co cię w życiu uskrzydlało. Niektóre osoby tak się koncentrują na trudnościach i niepowodzeniach, że do głowy im nie przychodzi, że wcale nie muszą ciągle wspominać złych zdarzeń. Znam pewnego pana, który często wspomina wojnę, wywózkę na Sybir i pracę w tajdze przy 40-stopniowym mrozie, a także rodziców, którzy zmarli tam z głodu. Potem był na froncie, brał udział w ciężkich walkach jako dowódca. Teraz ma przed oczami twarze żołnierzy, których stracił, opowiada o tym bliskim i znajomym. Zastanawiam się, czy to coś złego, że wspomina takie rzeczy. – Słuchałam z zaciekawieniem, bo opowiadała pani o ludzkim doświadczeniu, które jest zawsze jakąś lekcją. Część ludzi na starość powraca do takiej części życia, która była wytłumiona, zamknięta, nieujawniona. Każdy ma do tego prawo. Nawet każdy ma prawo być nieszczęśliwy. Ale ten starszy pan jest pogodny. – To super. Powiem pani, że nie wiem, co będzie ze mną później, o czym będę myślała, co wspominała. Na razie staram się nie rozpamiętywać złych chwil. I wychodzi mi to na dobre. Znałam kiedyś osobę, która miała jedwabne życie: udane dzieci, dużo pieniędzy, wspaniałe podróże po całym świecie, a mimo to cały czas opowiadała, jakie okropności spotkały ją podczas wojny. I wszyscy jej unikali. Musiała być męcząca. Ten pan taki nie jest, opowiada też zabawne rzeczy. – To w porządku. Można jakąś złą historię opowiedzieć raz czy dwa. Ale jeśli człowiek robi sobie z tego wizytówkę, to odstrasza innych. Gdy starsi ludzie, czytając nekrologi, dochodzą do wniosku, że wszyscy z ich pokolenia odeszli, mogą wpaść w przygnębienie. Tak się stało niedawno z moim mężem, kiedy w ciągu roku umarli trzej jego najlepsi przyjaciele, choć mąż nie jest jeszcze z tego pokolenia, które odchodzi. To normalne, że każdego w takiej sytuacji ogarnia smutek i nurtują pytania o sens życia. Z mojej półki ludzie jeszcze tak często nie znikają, ale zdarza się, że ktoś umrze na serce czy raka. I wtedy myślę: „Po co się starać, po co w cokolwiek angażować, skoro i tak umrę?”. I jestem o krok od rozpaczy. – Tak było zawsze, odkąd człowiek przestał egzystować tylko po to, aby upolować jelenia i go zjeść. Homo sapiens – człowiek myślący – musi się zastanawiać nad takimi sprawami. Wracając do pamięci, powinniśmy mieć do niej mniej więcej taki stosunek jak do języków obcych. Nie szkodzi, że ich nie znasz, po prostu się naucz. ? – Jeżeli nie umiesz przywoływać przyjemnych rzeczy ze swojej przeszłości, to się tego naucz. Miałaś ciężkie życie – gwałcili cię, bili, katowali, wyrzucali z domu, urodziłaś się w slamsach… Trudno – było, minęło. Odpłacz, odżałuj, a potem przestań temu poświęcać czas i angażować umysł. Czy to możliwe? Tak, i to w każdym wieku. Jeżeli ten starszy pan zacząłby coraz częściej przypominać sobie tych zmarłych kolegów i rezygnował z normalnego życia, mówiąc np.: „A, już mi się nie chce nigdzie iść”, wtedy warto by było przyprowadzić go do terapeuty. Oderwać od złych wspomnień Jemu akurat się chce, właśnie wyjechał nad morze… Ale weźmy przykład innego pana, który ciągle opowiada, jak w PRL było mu niedobrze, jak go krzywdzili komuniści. I tylko na tym się koncentruje. – Można wtedy go zapytać: „Ma pan takie piękne ręce. Grał pan na jakimś instrumencie? A w ogóle jaką muzykę pan pamięta? Czy byli w pana życiu ludzie, którzy lubili śpiewać?”. On by odpowiedział, że tak. I wtedy zaczęłyby mu się przypominać rzeczy miłe. Wystarczy zmienić temat? – Ale należy to robić tak jak w tym przykładzie. Nie wolno mówić: „Daj spokój, porozmawiajmy o czymś weselszym”. Bo wtedy uzyskamy efekt przeciwny. Ta osoba zacznie bronić swojej historii, powie: „Nie wtrącaj się, takie było całe moje życie”. Można też zaangażować ją do wspólnej aktywności, zaproponować: „Wiesz co, mam dobrą książkę. Chodź, przeczytam ci coś ciekawego”. Chodzi o to, aby umysł odwracał się od wspomnień o pogrzebach. Albo powiedzieć: „Wiesz co, ty tak świetnie umiałeś coś tam. Naucz mnie tego”. Wcale nie musimy prosić o jakąś sentymentalną opowieść o pierwszej miłości. Człowieka, którego chcemy wyrwać z cierpienia i smętnych wspomnień, możemy poprosić, aby opowiedział nam o czymś pogodnym. Można zacząć w taki sposób: „Słuchaj, zupełnie nie pamiętam cioci Marysi. Opowiedz mi, jaka ona była”. I wtedy myśli takiej osoby pójdą w innym kierunku. Zacznie widzieć jaśniejsze barwy swojego życia. Z pani książki wynika, że na skutek złych wspomnień i negatywnego myślenia, do którego one prowadzą, można nawet zachorować na depresję. – Nie ma na świecie ludzi, którzy mieliby same dobre wspomnienia. W ogóle nie o to chodzi, aby nie mieć złych wspomnień. Każdy ma dobre i złe – np. każde rozstanie jest źródłem smutku. A jeżeli jeszcze do tego rozstania dojdą zawiedzione nadzieje, niespełnione obietnice, jakieś przegrane szanse, to zrozumiałe, że człowiek wrażliwy będzie musiał to ocenić jako coś niedobrego. Gorzej, gdy czas mija, mamy przed sobą nowe wyzwania, a my odwracamy się tyłem do obecnego życia, kontemplując minione złe wydarzenia. Według mnie, najważniejsze jest nie to, jakie się miało życie, lecz to, jakie z tego wyciągniemy wnioski na przyszłość. W tej książce próbowałam przekazać, że wiele naszych postaw nabywamy drogą odwzorowywania, naśladowania starszych. Jeżeli w domu rodzinnym dorośli patrzą na życie przez pryzmat niedobrych zdarzeń, trudno się dziwić, że dzieci będą robić podobnie. Proszę zauważyć, że w polskiej kulturze lubimy rozpamiętywać nasze klęski, cierpieć – wystarczy popatrzeć na pomniki, nazwy ulic, posłuchać wiadomości. Lubimy wspominać przegrane bitwy… – Nawet gdyby były same wygrane, też nie widzę w tym nic twórczego. Bo czy można czerpać poczucie wartości z tego, że ktoś był kiedyś bardzo piękny albo dzielny? Nie, poczucie wartości trzeba czerpać z tego, kim się jest dzisiaj. Zwłaszcza kobiety mają z tym problem w naszej kulturze promującej młodość i urodę. – To swoją drogą… Ale ja mówię o specyfice naszej obyczajowości, gdzie dobrze jest widziane bycie nieszczęśliwym. Byłam w wielu krajach i nigdzie tak się nie rozpamiętuje swoich krzywd z przeszłości, nie obwinia za swoje niepowodzenia niedobrych mamuś czy tatusiów. Zresztą wielu psychologów, nad czym ubolewam, podtrzymuje w pacjentach to poczucie nieszczęścia. Złego dzieciństwa, które do tego doprowadziło. – Fakt, że mąż kogoś zostawił, może faktycznie unieszczęśliwić. Ale gdy w terapii miesiącami roztrząsa się dzieciństwo, w dodatku za niemałe pieniądze, uważam to za nadużycie. Czy nie powinno chodzić o to, aby zranionej osobie pomóc wrócić jak najprędzej do normalnego życia? Dlatego podobało mi się, jak pani, wchodząc tutaj, powiedziała: „Chciałabym wyjść za mąż, szukam męża”. Bo? – Myślenie kobiet w kategoriach „co ja bym chciała dla siebie” rzadko u nas występuje. Kultywujemy model kobiety, która nie wyraża swoich potrzeb ani pragnień. Dwa skarbce Ale odeszłyśmy od tematu pamięci. – Bardzo wielu ludzi nie wie o tym, że nosi w sobie dwa skarbce: w jednym znajdują się dobre rzeczy, a w drugim złe. I zamiast otwierać ten pierwszy skarbiec, zbyt często otwierają ten drugi – z niedobrymi sprawami. Ma to sens biologiczny, jesteśmy tak stworzeni, aby niedobre wydarzenia mogły ostrzegać przed zagrożeniami, które mogą znowu się powtórzyć. Otwieranie skarbca ze złymi wspomnieniami przypomina jednak sytuację, kiedy szlaban na przejeździe kolejowym został na zawsze opuszczony, ponieważ kilkadziesiąt lat temu zdarzył się tam wypadek. Jak wyrobić w sobie nawyk czerpania ze skarbca z dobrą przeszłością? – Można zrobić takie ćwiczenie, które zadaję swoim pacjentom. Przypomnij sobie 20 rzeczy, które są powodem do zadowolenia z siebie, do dumy. A jeżeli ktoś nie jest w stanie dobrze o sobie mówić ani pisać? – Na terapii powiedziałabym do takiej osoby: „Wypisz mi na jutro pięć rzeczy, za które jesteś wdzięczna”. A co, jeśli nie ma takich rzeczy? – To wtedy bym zaproponowała: „Wieczorem przed snem przypomnij sobie dwie dobre rzeczy, które dzisiaj się wydarzyły”. Powiedzmy, że stwierdzi, że nic takiego nie było. Powiem wtedy: „A więc zaplanuj sobie na jutro dwie dobre rzeczy, które sprawią ci przyjemność, i zrób je”. Niech to będzie zjedzenie pysznego spaghetti, telefon do dawnej nauczycielki, którą lubiłaś, pójście do ogrodu botanicznego albo do kina, może obejrzenie meczu albo wystawy malarskiej. Wszystko jedno. Zaplanuj sobie te dwie rzeczy albo więcej niż dwie (!) i je zrób. A wieczorem, gdy będziesz iść spać, podziękuj za to, że miałaś taki dobry dzień. Następnego dnia zrób to samo. I co się stanie? Pojutrze będziesz już miała w skarbczyku dwa dobre dni. Całe życie było do kitu, ale wczoraj jadłam pyszne spaghetti, a dziś jechałam taksówką, aby nie zmoknąć. Mamy władzę nad swoim życiem i samopoczuciem. Możemy wziąć na siebie odpowiedzialność za to, aby mieć dobre życie. Albo niedobre…. Warto się tego uczyć. Dlatego że wielu z nas dorastało w domach, gdzie nie było radości, np. tata siedział w rozchełstanej koszuli, pił piwo i mówił, że wszystko jest do niczego. I potem jego córka, która ma dwa fakultety, powtarza to samo. To trochę tak jak z papierosami, ludzie palą je w sposób bezkrytyczny. Nawykowo, prawda? Podobnie jest z naszym zachowaniem. – Depresja jest nawykowa. W książce piszę o dzieciach, przytaczając badania, zgodnie z którymi tylko 1,5% najmłodszych ma depresję wynikającą z defektu mózgu, polegającego na wadliwie funkcjonujących neuroprzekaźnikach. Pozostali dostali depresji, bo wzrastali w domach, w których panował ponury nastrój. A co ze starszymi kobietami? Do czego może doprowadzić zaglądanie do niewłaściwego skarbczyka? – Może również spowodować depresję. Jeśli człowiek będzie tkwił w negatywnych wspomnieniach, z całą pewnością obniży mu się nastrój. Koła ratunkowe Pisze pani, że potem z takiego obniżonego nastroju bardzo łatwo wpada się w dół. Dlaczego tak trudno z niego się wydobyć? – To tak jak z bagnem, łatwo w nie wejść, ale trudno z niego wyjść. Depresja zaczyna się na ogół od małego niezadowolenia. Od małego przygnębienia. A z małego przygnębienia łatwo wyjść. Jest mi trochę smutno, to zadzwonię do pani Basi, ona zawsze jest pogodna, pewnie coś ciekawego czyta albo gdzieś w fajnym miejscu była, to mi opowie. A może pójdziemy razem na rower… Wychodzimy bardzo łatwo – z małych dołków. Z dużego dołu samemu się za sznurówki nie wyciągnie. Co wtedy? – Trzeba już wołać o pomoc, samemu trudno sobie poradzić. Tylko nie wiadomo, czy ktoś będzie przechodził, czy ktoś usłyszy. W tym momencie przypominanie sobie miłych sytuacji z przeszłości nie pomoże. – Wtedy nawet nic dobrego się nie przypomni. Gdy człowiek jest w złym stanie psychicznym, całe życie wydaje się bez sensu. Nie ma się wiary, że będzie lepiej, człowiek nie ufa, że kiedykolwiek odzyska radość życia. Czyli to może być ostrzeżenie dla osób o tendencjach depresyjnych, że gdy tylko zauważą u siebie obniżenie nastroju, już powinny szukać dobrych wspomnień albo zastanowić się, za co mogą być wdzięczne w życiu, czy tak? – Owszem. Ale takie osoby powinny również stworzyć sobie listę ludzi, do których mogą się zwrócić, kiedy będzie im źle. Takie koło ratunkowe. – To nie muszą być sami przyjaciele, może być sąsiadka albo pani ze sklepu, które wysłuchają i powiedzą dobre słowo. Warto się zapisać na nordic walking, aerobik czy do czytelni. Najważniejsze to nie być samej. Innym ludziom łatwiej zauważyć, że jesteśmy w gorszym nastroju. Reagują na to, pytają, wyrażają troskę – wtedy można porozmawiać o swoim zmartwieniu. Więc nie bądź sama. Bo wtedy nie ma kto podać ci ręki. Co nie znaczy, że nie możesz sobie całego sobotniego popołudnia przesiedzieć w domu. Powinnaś jednak mieć listę osób, na które – w razie potrzeby – będziesz mogła liczyć w trudnych momentach. Czyli mamy następujące recepty: odwracanie uwagi od złych wspomnień, szukanie dobrych rzeczy w przeszłości, rozmowa z życzliwymi ludźmi, pisanie o sobie pozytywnych rzeczy… – Pisanie to fantastyczna autoterapia – np. opisz sto miłych zdarzeń ze swojego życia. I już człowiek się podnosi… Ale też znajdą się osoby, które tego nie zrobią. Wolna wola. Są różne patenty na życie. Ci promienni żyją i ci depresyjni też, tylko jaka jest różnica w jakości ich życia… Trzeba wziąć za siebie odpowiedzialność. Nie będę wtedy zwalać winy na mamę, na tatusia, na wujków, na komunistów, na kapitalistów, tylko urządzę sobie życie tak, jak uważam, że można najlepiej. Jesteś tym, co pamiętasz. To motto pani książki? – Tak. Jeśli będziesz pamiętać dobre rzeczy, to będziesz kimś pięknym i pogodnym, a jeśli będziesz pamiętać złe rzeczy, będziesz przygnębiony, zgorzkniały. Czy możemy mieć nad tym kontrolę? – Tak, możemy. Jeżeli nie pamiętasz dobrych rzeczy, zadbaj o to, by dzisiaj je tworzyć. Te dobre rzeczy staną się jutro dobrymi wspomnieniami. I otaczaj się pogodnymi ludźmi. Podobne wpisy
dr ewa woydyłło osiatyńska