Kliknij tutaj --> 🐷 polowanie na dziki rumunia

Zapraszamy na Facebook: https://www.facebook.com/profile.php? Zapraszamy na Instagram: https://www.instagram.com/tophuntstv/Partnerami programu są firmy: Włócznie na dziki były wyposażone w kusze, bo nadziane na ostrza śmiertelnie ranne odyńce mogły zaatakować myśliwego. Polowanie na te zwierzęta wymagało spokoju i mocnych nerwów. Jeden z psów złapał trop, zaszczekał triumfalnie i wyrwał do przodu. Pozostałe pobiegły za nim, a za nimi ruszyli konni. Główny Lekarz Weterynarii poinformował, że wykonywanie polowań w tym polowań na dziki, nie stanowi czynności podlegających bezpośredniemu nadzorowi organów Inspekcji Weterynaryjnej. Organy Inspekcji Weterynaryjnej współpracują z kołami łowieckimi, myśliwymi niezrzeszonymi oraz leśniczymi w zakresie bezpieczeństwa biologicznego Adres na który należy kierować pytania do odcinka Q&A : sudeckaostojaqa@gmail.comJeśli chcesz możesz zostać patronem Sudeckiej Ostoi. https://patronite.pl/S Plaże z piaskiem i krystalicznie turkusową wodą na Rumunia (36 plaż) Krajobraz naturalny. Najlepsze plaże na Rumunia z płytkimi głębokościami (30 plaż) Inne popularne kategorie. Wszystkie plaże na Rumunia z naturalnym cieniem (7 plaż) Wyświetl wszystkie plaże na Rumunia i wybierz według cech. Site De Rencontre De Jeune Gratuit. Związek Myśliwych Rumuńskich regionu Sibiu bardzo gościnnie przyjmuje naszych myśliwych w łowisku. Piękne górskie polowania organizowane są z podchodu, z zasiadki a także przy pomocy pędzeń nawet dla małych 5-6 osobowych grup myśliwych. Piękne trofea rogaczy, jeleni są regularnie pozyskiwane (rogacze poniżej 300g uważane są za mało interesujące, dopiero powyżej 400g zasługują na uwagę; byki do 7kg maja te sama opłatę ze odstrzał, trofea o wadze powyżej 10 kg nie należą do rzadkości). Polowanie na niedźwiedzia odbywa się na nęciskach, w nocy, z ambony, lub również przy pomocy pędzeń. Polowanie na wilka udaje się w 60%, pozostaje jednak trudne, ze względu na zwyczaje bytowe tego drapieżnika. Zakwaterowanie w hotelu w Sibiu, pokoje komfortowe, a posiłki bardzo smaczne !!! Wymagane formalności: Paszport, pozwolenie na polowanie, europejska karta posiadacza broni, zaproszenie przez rumuńskie ministerstwo, ubezpieczenie OC. Żadne szczepienie nie jest obowiązkowe.. DOBRZE WIEDZIEĆ: Stolica: Bukareszt Nie ma różnicy czasowej. Strzelanie do zwierząt z samochodów, maksymalna depopulacja i oddelegowanie części myśliwych wyłącznie do odstrzału dzików - takie pomysły ma wiceminister rolnictwa Lech Kołakowski w ramach walki z ASF. Aktywiści składają w odpowiedzi społeczny projekt ustawy dot. ASF. Wiceminister Lech Kołakowski w grudniowym wywiadzie dla Interii zapowiadał, że po Nowym Roku ruszą prace legislacyjne dotyczące nowej specustawy, która ma pomóc walczyć z epidemią afrykańskiego pomoru świń (ASF). Tysiąc myśliwych oddelegowanych do walki z ASF „Chcemy stworzyć instytucję zawodowego myśliwego, który byłby na etacie i dokonywałby zawodowo depopulacji dzików. Liczę, że byłaby to grupa ponad tysiąca myśliwych, którzy wsparliby koła łowieckie” – mówił wiceminister. Zapowiedział „maksymalną depopulację”, a jego zdaniem „zawsze uchowa się 10-20 proc.”. W tym roku, jak wyliczał, ma się urodzić 3 miliony dzików. Kluczowe w kontekście walki z ASF, w ocenie Kołakowskiego, będą pierwsze trzy miesiące tego roku. „Musimy dokonać depopulacji przed siewem kukurydzy, czyli do maja. W przeciwnym razie nie opanujemy ASF-u” – dodał. Z innych zmian: wiceminister chce umożliwić myśliwym strzelanie z pojazdów mechanicznych, a także wzmocnienie bioasekuracji — czyli ograniczenie przenoszenia się wirusa do chlewni. „Poza obszarami rolnymi i leśnymi, działania podejmowane będą też w rezerwatach i parkach narodowych i poligonach. Jednostką przodującą będzie Polski Związek Łowiecki. Działania nadzorcze prowadzić będzie inspekcja weterynaryjna i nadleśnictwa” – mówił z kolei w Onecie. Protesty przeciwko polowaniom Przeciwko specustawie protestują aktywiści i miłośnicy zwierząt. W weekend 8-9 stycznia 2022 w całej Polsce odbyły się pikiety. „Chciałbym po raz kolejny zaapelować do polityków, by skupili się nie na mobilizacji myśliwych do rzezi dzików, ale mobilizacji inspekcji weterynaryjnej do uczciwego kontrolowania hodowli świń, i mobilizacji samych hodowców” – mówił podczas krakowskiego protestu dr Marcin Urbaniak z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. „To kolejna ustawa planowana na siłę przez resort rolnictwa z Lechem Kołakowskim na czele – bez debaty naukowej, bez konsultacji społecznych, choć dotyczyć będzie także ograniczenia praw obywatelskich w korzystaniu z dobra wspólnego, jakim są lasy. Nowa specustawa Kołakowskiego nie rozwiąże problemu wirusa ASF wśród dzików, a wręcz przeciwnie będzie działaniem pozorowanym i mydleniem oczu” – pisali z kolei organizatorzy pikiety w Poznaniu, aktywiści Poznańskiej Zielonej Fali. To kolejny raz, kiedy aktywiści i miłośnicy zwierząt muszą walczyć o ochronę dzików. Na początku 2020 roku przez Sejm błyskawicznie przeszła specustawa dotycząca ASF, nazywana lex Ardanowski – od nazwiska ówczesnego ministra rolnictwa. Ustawa zawiera szereg kontrowersyjnych przepisów, umożliwia karanie więzieniem za utrudnianie odstrzału sanitarnego i „zwykłych” polowań. Sprzeciw budziły również inne zapisy, zgoda na używanie tłumików podczas odstrzałów sanitarnych, zaangażowanie służb mundurowych do odstrzału, czy możliwość zamykania przejść dla zwierząt na drogach publicznych. „Praktyka w krótkim czasie pokaże, że specustawa wcale nie uporządkowała zasad walki z ASF” – mówiła wtedy w mec. Karolina Kuszlewicz, zajmująca się prawami zwierząt. Rzeczywiście – mimo trwającej od kilkunastu miesięcy rzezi dzików, ognisk ASF przybywa. 124 ogniska ASF W 2014 wykryto 30 przypadków ASF u dzików w Polsce. Liczba ta rośnie z roku na rok – w 2018 było to już 2441, w 2019 – 2477, a w 2020 aż 4155. Jednocześnie w 2020 roku wykryto 103 ogniska ASF u świń. Rok wcześniej było to 48. W 2018 było to 109 ognisk. 2021 rok był rekordowy pod względem liczby ognisk u świń – Główny Inspektorat Weterynarii podaje, że było ich aż 124. Znaleźliśmy się tym samym na drugim miejscu w Europie, zaraz po Rumunii. Wiemy również o 3163 przypadkach choroby u dzików. To spadek w porównaniu do 2020 roku, ale znaczący wzrost od 2019. W sumie, przez pojawienie się ognisk choroby wśród świń, w 2021 roku trzeba było zabić ponad 50 tysięcy osobników. ASF jest więc ogromnym problemem dla hodowców trzody chlewnej. „Liczba aktywnych stad trzody chlewnej w ostatnich 7 latach zmalała o połowę. Na obszarach występowania wirusa spadek liczby gospodarstw trzodowych był znacząco większy niż na pozostałych obszarach” – czytamy w analizie Banku PKO BP z września 2021. Eksperci wyliczają, że średnioroczny spadek liczby stad w latach 2018-2021 wyniósł 14,8 proc. wobec -4,2 proc. w latach 2014-2017. Rząd przygotował dla rolników pakiet pomocowy, na który chce wydać 600 mln złotych. W ramach przyjętych w styczniu 2022 regulacji, rolnicy będą mogli ubiegać się o pomoc w bioasekuracji, wsparcie po likwidacji gospodarstwa w związku z ASF czy utracie płynności finansowej przez pandemię COVID-19, a także niskoprocentowe pożyczki (jeśli prowadzą stado w obszarze objętym ograniczeniami związanymi z ASF). Wciąż jednak brakuje pomysłu, jak zwalczyć ASF. Jak przekonują naukowcy i aktywiści, odstrzał nie jest drogą do walki z epidemią. Odstrzał polityczny „Z naukowego punktu widzenia mogę powiedzieć z pewnością, że jeśli będzie niższe zagęszczenie populacji, to szerzenie ASF wśród dzików będzie mniejsze” – mówi w rozmowie z prof. Henryk Okarma z Instytutu Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk. „Natomiast naszym problemem nie jest szerzenie się choroby wśród dzików, a długodystansowe skoki ASF i coraz liczniejsze ogniska w stadach świń. Powinniśmy skupić się na zabezpieczeniu hodowli trzody chlewnej i stosowaniu tam bioasekuracji. To jedyny sposób, żeby ASF nie przedostawał się dalej. Szczególnie należy skupić się na małych hodowlach, gdzie tych przypadków zachorowań jest coraz więcej” – wyjaśnia ekspert. Jak dodaje, wiara w to, że depopulacja dzików powstrzyma rozwój epidemii, jest iluzoryczna. „Nawet jeśli w ten sposób spowodujemy, że ASF będzie się wolniej rozprzestrzeniał wśród dzików, to przecież największym problemem są ogniska choroby u świń. A z tym odstrzał dzików nie ma wiele wspólnego” – wyjaśnia. Jak ocenia, walka z ASF w Polsce jest nieefektywna, bo zbyt wiele padłych dzików zostaje w lasach. Padlina zarażonego zwierzęcia może być źródłem wirusa nawet przez miesiące po śmierci, a wirus w ten sposób – na przykład na butach rolnika – przedostaje się do hodowli świń. „Pozostawiamy w lesie źródło wirusa” – wyjaśnia. Zdaniem prof. Okarmy powracający pomysł, żeby odstrzelić jak największą populację dzików, jest ruchem czysto politycznym. „Im mniej będzie dzików, tym mniej szkód na polach i protestów środowisk rolniczych. ASF jest tylko pretekstem, żeby załatwić ten problem. Diabeł nowej specustawy będzie jednak tkwił w szczegółach. Tych na razie jednak nie znamy” – zaznacza naukowiec. Rekordowe wyniki W odpowiedzi na zapowiadaną specustawę fundacja koalicji Niech Żyją!, Pracownia na rzecz Wszystkich Istot i Zieloni przygotowali społeczny projekt ustawy dotyczącej ASF. „Po liczbach widać, jak bardzo dotychczasowa strategia Polski w walce z ASF, polegająca na masowym odstrzale dzików, nie działa. Przez trzy ostatnie lata mieliśmy rekordowe wskaźniki w Europie pod względem liczby chorych dzików. Podobnie jest z liczbą ognisk ASF w hodowlach świń, wyprzedza nas tylko Rumunia. Masowy odstrzał nieuchronnie prowadzi do rozprzestrzeniania się epidemii” – mówi Tomasz Zdrojewski z Niech Żyją!. Jak dodaje, odstrzał powinien być jedynie uzupełniającą metodą walki z ASF, a nie jej głównym narzędziem. Zgadza się z prof. Okarmą, mówiąc, że rząd powinien skupić się na wsparciu lepszej bioasekuracji gospodarstw (czyli budowie odpowiednich ogrodzeń, stosowaniu mat dezynfekcyjnych, kontroli przestrzegania wewnętrznych zasad i procedur, jak regularna dezynsekcja, stosowanie odzieży ochronnej czy rejestr transportów świń) oraz wyszukiwaniu padłych dzików. Jak wylicza, w 2021 roku na odstrzał sanitarny przeznaczono ponad 80 mln zł. Na wyszukiwanie padłych zwierząt – zaledwie 3 mln. „To olbrzymia dysproporcja” – ocenia Zdrojewski. Społeczny projekt Co proponują aktywiści w społecznym projekcie ustawy dotyczącej ASF? „Zwiększenie środków na wyszukiwanie padłych dzików, a także zwiększenie kontroli polowań, bo obecnie taka kontrola praktycznie nie istnieje. Przez to podczas odstrzałów zwierząt powszechnie dochodzi do naruszeń i zaniedbań. Myśliwi często nie mają i nie stosują odzieży ochronnej, odpowiednich pojemników do przewożenia zwierząt, pokonują po odstrzale dziesiątki kilometrów, a z przyczepy samochodu kapie krew potencjalnie zakażonego dzika. Po polowaniu teren nie jest odkażany, a ciała dzików w chłodni – jeszcze przed badaniem – mają styczność z innymi gatunkami. Bywają i takie sytuacje, a przecież mięso innych zwierząt trafia później na rynek. Dlatego kolejnym ważnym elementem jest zagwarantowanie dodatkowych etatów ds. ASF w inspekcji weterynaryjnej, w tych powiatach, gdzie ta choroba występuje.” – wyjaśnia Tomasz Zdrojewski. Jego zdaniem obecne przepisy wymagają gruntownych zmian i uporządkowania. „Odstrzały sanitarne powinny być prowadzone wyłącznie na obszarach występowania ASF i tych zagrożonych epidemią, a nie – tak jak teraz – wszędzie. Chcemy również wprowadzenia 72-godzinnego zakazu wykonywania polowań na obszarach wolnych od ASF, po wykonaniu odstrzału sanitarnego dzików na obszarze występowania epidemii. Analogiczny 72-godzinny zakaz obowiązuje już w przypadku wchodzenia po polowaniu na teren hodowli świń. Regularnie zdarza się natomiast, że myśliwi po wykonaniu takiego odstrzału już następnego dnia jadą na inne polowania, w dowolnej części kraju. Prawdopodobnie właśnie tak dochodziło w ostatnich latach do rozprzestrzeniania epidemii na duże odległości, za co odpowiedzialność ponosić może tylko człowiek. Sprawę przeniesienia wirusa do zachodniej Polski wciąż bada prokuratura” – wyjaśnia. Mordercze rozwiązania nie zwalczą ASF Pośród proponowanych zmian wymienia również zakaz dokarmiania przez myśliwych zwierząt łownych, ponieważ obowiązujący zakaz dokarmiania dzików jest nieskuteczny i nie jest egzekwowany (obecnie nie można dokarmiać dzików, ale inne zwierzęta już tak – z czego dziki oczywiście korzystają) oraz wsparcie dla rolników prowadzących małe gospodarstwa do 50 świń. Koalicja Niech Żyją zwraca również uwagę na to, że planowane przez Ministerstwo Rolnictwa umożliwienie prowadzenia odstrzału z pojazdów mechanicznych, jest przez samych myśliwych uznawane za nieetyczne — dlatego taki zakaz wciąż obowiązuje w regulaminie polowań. Jak wskazuje Tomasz Zdrojewski, podczas polowań zbiorowych, aż 25-30 proc. zwierząt jest raniona. Jeśli myśliwi będą strzelać z samochodów, ten odsetek jeszcze wzrośnie, a poranione, padłe i nieodnalezione zwierzęta staną się długotrwałym rezerwuarem wirusa w środowisku. „Zalegalizowano już tłumiki, termo- i noktowizory, strzelanie z pojazdów jest kolejnym krokiem. Takie mordercze pomysły, które mają zoptymalizować eksterminację dzików, są fatalnym i wyjątkowo niehumanitarnym rozwiązaniem” – komentuje. Zapytaliśmy Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, kiedy opublikuje treść specustawy i kiedy ruszy odstrzał dzików według nowych zasad. Czekamy na odpowiedzi. Katarzyna Kojzar Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki. Z czytelnikami moich łowieckich tekstów dzieliłem się wielokrotnie doświadczeniem w polowaniu na ptactwo z wyżłem. Obok doświadczenia z wielu łowisk polskich przekazywałem swoje wrażenia z polowania w różnych częściach Europy. Z moimi wyżlicami polowałem na bekasy i dubelty na podmokłych terenach białoruskiego Polesia i Ukrainy, kilkakrotnie miałem okazję zapolować na przepiórki na rozległych polach ukraińskiego Podola, w poszukiwaniu śnieżnobiałych pardw przemierzałem górską tundrę północnej Szwecji. Tym razem chciałem powrócić wspomnieniami do niedawnego polowania na bażanty we wspaniałym rumuńskim, naddunajskim łowisku. Muszę koniecznie powiedzieć, że nie byłoby tego wspaniałego wyjazdu gdyby nie zaproszenie kolegi Rafała, którego dobra znajomość z właścicielem rozległego, liczącego 14 tysięcy hektarów obwodu, otworzyła nam drogę do tego łowieckiego raju. Dobrą okazję do tego, przecież dalekiego, bo liczącego 1500 km wyjazdu stworzyło uczestnictwo w IKP – międzynarodowym konkursie wyżłów krótkowłosych, który w tym roku organizowany był na Węgrzech, na południe od Budapesztu, na przełomie września i października. Warto przy tej okazji parę słów poświęcić tej wielkiej, jednej z największych w Europie, imprezie kynologii łowieckiej, organizowanej przez Niemiecki Klub Wyżłów Krótkowłosych i Światowy Klub Wyżłów. Bezpośrednim organizatorem tegorocznej edycji zawodów był Węgierski Klub Wyżłów Niemieckich. Do konkursu zgłoszono 206 wyżłów niemieckich krótkowłosych z Niemiec, Węgier, Austrii, Czech, Słowacji, Serbii, Polski, Słowenii, Ukrainy, USA, a zawody sędziowało 142 sędziów z wielu krajów Europy. Trzeba wiedzieć, że warunkiem przyjęcia psa/suki do konkursu jest wypełnienie dosyć rygorystycznych warunków wstępnych. Była to już 28 edycja konkursu rozgrywanego co 2 lata. Schemat organizacyjny od dziesięcioleci jest taki sam – w pierwszym dniu, po zarejestrowaniu wszystkich uczestników, na 4 ringach odbywa się przegląd eksterieru, będący z jednej strony przeglądem najbardziej wartościowych psów i suk, a z drugiej, kwalifikacją do próby polowej, która odbywa się w ciągu kolejnych 2 dni. Do próby w polu i na wodzie dopuszczane są jedynie psy/suki z oceną co najmniej bardzo dobrą. Do próby w łowisku cała stawka dzielona jest losowo na 4 osobowe grupy, które oceniane są przez stały zespół 3 sędziów. Ocenie podlegają wszystkie elementy wyszkolenia wyżła wielostronnego, a więc – karność, współpraca z przewodnikiem, pasja, sposób i styl pracy, wiatr, praca w wodzie oraz na polu, aport zarówno z wody jak i lądu. Cały konkurs, jak zresztą również system doboru do hodowli wyżłów w Niemczech warty jest szerszego, osobnego omówienia. Liczę, że Redakcja wyrazi na nie zgodę w niedługim czasie. Teraz jedynie skrótowo. Dyplom 1 lub 2 stopnia uzyskało 84% uczestniczących psów/suk, co jest jednym z najlepszych wyników w historii tego konkursu. Wszystkie polskie psy, po raz pierwszy w historii startujące pod sztandarem Klubu Wyżłów PZŁ, uzyskały dyplom I stopnia, choć żaden nie uzyskał w pokazie eksterieru oceny doskonałej. Suka należąca do naszego rumuńskiego gospodarza, szkolona przez Rafała z którym wybierałem się po zakończeniu konkursu na koguty, również zakończyła konkurs z dyplomem, choć dosyć pechowo jedynie II stopnia. Po zakończeniu pracy w polu załadowaliśmy psy i cały bagaż do samochodów i ruszyliśmy na południe na spotkanie łowieckiej przygody. Trasa prowadziła przez rumuńskie Karpaty które jedynie częściowo przecięte są autostradą, stąd droga zdawała się nie mieć końca. Późnym wieczorem zjechaliśmy z głównego traktu i ruszyliśmy na szczyty gór. Omal dosłownie, gdyż przemiły gospodarz zaprosił nas do swojej łowieckiej rezydencji leżącej na wysokości ponad 2000 Pięliśmy się nocą serpentynami wyżej i wyżej tak, że miałem wrażenie iż droga nigdy się nie skończy. Przekroczyliśmy jedną przełęcz i po krótkiej jeździe w dół ponownie zaczęliśmy wspinaczkę. Droga, choć wąska, miała cały czas zdumiewająco doskonałą nawierzchnię. Ostatecznie dotarliśmy do celu czyli wspaniałej, trochę w alpejskim stylu willi, leżącej jak się rano okazało omal na końcu cywilizacji. Za nami, nad i pod nami były jedynie piękne i dzikie góry. Łowisko będące własnością naszego gospodarza mogło się pochwalić ponad 100 niedźwiedziami, kozicami górskimi oraz niezwykle mocną populacją jelenia i dzika. Dzień zakończyliśmy wyjątkową kolacją gdzie na talerzu dominował, wypieczony przez gospodarza stek wołowy grubości chyba 5 cm. Rano ruszyliśmy przez Bukareszt w kierunku morza na spotkania wyśnionych kogutów o których wiele słyszałem od Rafała. Ponad 100 km od Bukaresztu zjechaliśmy z autostrady gdzie czekała na nas Toyota naszego przewodnika. Polną drogą dotarliśmy do hotelu leżącego wśród rozległych pól, a jak się później okazało, służącego obsłudze polowań organizowanych dla włoskich myśliwych. Potem przez pola ruszyliśmy do łowieckiej osady naszego gospodarza. Rozglądałem się ciekawie dookoła. Jechaliśmy przez płaską jak stół równinę zamkniętą od wschodu pasmem niewysokich wzgórz, od północy autostradą i linią kolejową, a od południa Dunajem. Teren był omal doskonale płaski, poprzecinany co kilkadziesiąt metrów szerokimi na kilka/kilkanaście metrów rowami odwadniającymi. Rowy były głębokie na 2-3 metry i w większości miejsc porośnięte krzewami, kępami drzew czy różnymi, wysokimi chwastami na szerokości kilku metrów od brzegów. Jak dowiedzieliśmy się od gospodarzy, od 3 miesięcy nie spadła kropla deszczu tak, że w większości rowów jedynie miejscami stały kałuże wody. Na polach podzielonych na działki liczące po kilkadziesiąt hektarów kończył się właśnie zbiór kukurydzy. Miejscami pracowały gigantyczne kombajny, na środku przestrzeni na której polowaliśmy ekipa żniwiarzy rozbiła obozowisko składające się z kontenerów mieszkalnych zaopatrywanych w prąd przez baterie słoneczne, co nocami robiło dosyć kosmiczne wrażenie. W dzień, do pracujących kombajnów podjeżdżały co jakiś czas wielkie „wanny” odbierające kukurydziany urobek. Część działek obsiano już wcześniej zbożem, a na części rozsiewano nawozy i ziarno. Zaskakujące dla mnie było, że siew odbywał się bez wcześniejszej orki jak to ma zwykle miejsce u nas. Przed siewnikiem pole przygotowywały jedynie ogromne brony talerzowe. Co ciekawe, niemała część działek była zupełnie niezagospodarowana stwarzając szachownicę, liczących dziesiątki hektarów nieużytków, porośniętych niezbyt wysoką ale za to niezwykle nieprzyjazną, kolczastą i przez to praktycznie uniemożliwiającą chodzenie bez cięższego obuwia roślinnością. Psy po wejściu na tą przestrzeń kaleczyły sobie łapy i przestawały pracować. Wszędzie widać było bardzo wiele ptaków drapieżnych, a kilka razy spotkaliśmy nawet orły. Opisuję dosyć szczegółowo łowisko gdyż pierwsze wrażenie, patrząc z perspektywy moich oczekiwań łowieckich, nie było specjalnie zachęcające. Moje wątpliwości jeszcze bardziej wzrosły gdy okazało się, że w łowisku bytuje wielka populacja dzików na które, oprócz polowań indywidualnych, organizuje się dwukrotnie w roku polowania zbiorowe z psami. Na każdym z nich pada około 50 sztuk czarnego zwierza, a trzeba dodać, że wynik ten uzyskiwany jest na powierzchni 1200 hektarów lasu należącego do obwodu. W czasie moich nocnych wędrówek za drapieżnikami spotykałem każdorazowo po kilkadziesiąt dzików wędrujących pojedynczo lub watahami po świeżo zebranych kukurydziskach. Chyba w życiu nie zdarzyło mi się spotkać tak zasobnego w dzika łowiska. Co więcej, w obwodzie bytuje duża populacja szakala złocistego który zawędrował w te strony dopiero około 20 lat temu, spora populacja lisów, borsuków oraz dzikich kotów (wild cat). Jednym słowem – siła złego na jednego, myślałem sobie w duchu, nie do końca wierząc w obiecywany dobry stan bażantów i niezły kuropatw. Życie wkrótce pokazało jak bardzo moje wątpliwości okazały się nieprawdziwe. Już jadąc do osady łowieckiej spotykaliśmy po drodze wędrujące po otwartej przestrzeni stadka bażantów liczące po kilka/kilkanaście sztuk. Później, już w czasie polowania okazało się, że stan kuropatwy też jest całkiem niezły, a wędrując nocami za szakalem którego bardzo chciałem dołączyć do katalogu swoich łowieckich zdobyczy, spotykaliśmy też liczne ale śmiesznie małe zające. Polowałem w tym obwodzie przez 5 dni, przy czym pierwsze 3 dni wędrowałem z moją Gapą za kogutami i kuropatwami, pozostałe poświęciłem drapieżnikom, a trochę też fotografowaniu. Co tu dużo mówić, Gapa suka niezwykle odporna fizycznie i znakomicie gospodarująca swoimi siłami, a przy tym bardzo doświadczona, po trzech dniach wielogodzinnego polowania miała naprawdę dosyć i musiałem dać jej odpocząć. Taktyka polowania na koguty była dosyć prosta. Na jednym końcu rowu zaczynał jeden z myśliwych drugi, kilkaset metrów dalej ruszał w kierunku pierwszego. Bardzo dużo poluję z moimi wyżłami na bażanty ale muszę powiedzieć, że rumuńskie łowisko, jak też rumuńskie bażanty postawiły nam bardzo trudne warunki. Ptaki były niesłychanie dzikie, a przez to czujne. Nie mające na tych rozległych, przez cały rok omal bezludnych polach, prawie kontaktu z ludźmi, tropione przez dziesiątki drapieżników wykazywały się nieprawdopodobnym sprytem i znakomicie wykorzystywały warunki terenowe oraz kolczaste, często niemożliwe do przebycia zakrzaczenia. Wyciekały na 100 i więcej metrów przed myśliwym i psem, wracały dnem głębokich rowów, chowały się w gąszczach krzewów. Uff, zdobycie koguta pomimo dużego ich stanu wymagało naprawdę wiele wysiłku. Gospodarze łowiska twierdzili, że w późniejszym okresie, po zebraniu kukurydzy z pól polowanie jest łatwiejsze, a jego efektywność lepsza. Być może ale przecież nie o skuteczność, a właśnie o trudności w takim polowaniu chodzi. W czasie wędrówek za kogutami spotkałem też sporo stadek kuropatw i to stadek licznych, nawet powyżej 20 sztuk. Długo zapewne w mojej pamięci pozostanie tryplet który zrobiłem czwórką, po pięknej pracy i stójce Gapy. Długo też będę pamiętał jej pracę po strzale. Widać było, pomimo stosunkowo późnej pory sporo przepiórek, z których jedna zawisła na moich trokach. Z tego wyjazdu zapamiętam z pewnością nocne wędrówki za szakalami, które choć nie zakończyły się zdobyciem tego sprytnego drapieżnika, to powiększyły moje łowieckie konto o borsuka i lisa. Nie zapomnę z pewnością ogromnego odyńca którego widziałem w czasie oczekiwania na jego „patelniowego” kolegę. Z pewnością do końca życia będę pamiętał łowieckie opowieści przy znakomicie przyrządzanych przez Mihaila i Valentina, naszych wspaniałych towarzyszy łowów, produktach ich tradycyjnej i łowieckiej kuchni. Rzadko można spotkać ludzi tak otwartych, szczęśliwych i do tego znakomitych myśliwych jak oni. Nie zapomnę smaku lokalnego piwa o nazwie „Zimbru”, co znaczy ni mniej ni więcej tylko „Żubr”. Nie zapomnę też myśliwych włoskich spędzających całe godziny za maskującymi parawanami, obstawionych elektronicznymi wabikami i makietami jastrzębi tylko po to aby móc zabrać w rodzinne strony worek upolowanych skowronków. Twoja książka skupia się głównie na myślistwie i łowiectwie. Można odnieść jednak wrażenie, że jest to książka, w której rozliczasz się ze swoją przeszłością… Zenon Kruczyński: Właściwie nie wiem, co to oznacza: „rozliczać się z przeszłością”. Być może masz na myśli to, że wtedy, gdy naprawdę zobaczyłem, co dzieje się w moim życiu, przeżywałem przez długi czas coś w rodzaju głębokiej żałoby, przygnębienia i smutku. Jako ludzie, wielu rzeczy nie robilibyśmy, gdybyśmy byli w stanie zobaczyć, co naprawdę robimy. Książka pokazuje od wewnątrz świat samych myśliwych i ich los. Powstała jako wyraz mojej fundamentalnej niezgody na fakt, że w naszym ludzkim świecie możliwe jest zabijanie dla rekreacji, hobby, dla sportu myśliwskiego – jak to sami myśliwi nazywają. Dodatkowym, tragicznym aspektem jest to, że ludzkość usankcjonowała prawem tę makabryczną rozrywkę. Fot. Piotr Morawski Książka zbiera w jedną całość racje przeciwników współczesnego łowiectwa. Spojrzenie na współczesne myślistwo zostało w niej rozszerzone o aspekt etyczny, ekologiczny, religijny, duchowy i psychologiczny. Stało się to w rozmowach: z nauczycielem zen sensei Sunyą Kjolhede, znaną na świecie działaczka ekologiczną, dyrektorem Rainforest Information Centre w Lismore w Australii – Ruth Rosenhek, z psychologiem, znakomitym specjalistą w dziedzinie uzależnień – Anną Dodziuk, z żonami czynnych myśliwych – Małgorzatą Grabarczyk i Małgorzatą Szczygieł-Reutt, z lekarzem weterynarii pracującym od dwudziestu lat w swojej klinice w Sztokholmie – Bożeną Montwiłł, za zgodą Polskiego Związku Łowieckiego z Łowczym Wojewódzkim – Piotrem Ławrynowiczem oraz o „świecie mężczyzn” – z psychologiem Wojciechem Eichelbergerem. Twoja osobista przemiana jest wyjątkowa. W środowisku byłych kolegów-myśliwych zapewne jesteś postrzegany jako „nienormalny”. Czy uważasz, że książka „Farba znaczy krew” wywoła jakąś dyskusję w środowisku łowieckim? Ta część moich byłych kolegów-myśliwych, z którymi znamy się od dawna, nie widzi we mnie hm…, dysfunkcji psychicznych. Gdy spotykamy się – rozmawiamy i zachowujemy się normalnie. Nie ma agresji we mnie ani w nich. Choć jakieś napięcie jednak występuje – temat polowania jest starannie omijany. Pojawia się skrępowanie. Jest takie zabawne powiedzenie: nie kantuj kanciarza. Moi byli koledzy i ja dobrze wiemy, czym jest polowanie. Ja jeszcze wiem, czym jest „niepolowanie”. Gdy poznało się coś na wskroś, nie budzi się w człowieku „święte oburzenie”. Lecz jakiś rodzaj podstawowego gniewu we mnie jest. To postawa niezgody na szeroko pojmowane zniszczenie – nie tylko na zabijanie leśnych i polnych zwierząt. Natomiast ta część myśliwych, która mnie całkowicie nie zna i komentuje w Internecie jakieś moje teksty prasowe, czasami uważa wręcz, że mnie w ogóle nie ma, że jestem wymyślony, co mnie bardzo rozbawia. Niektórzy z nich rzeczywiście obcesowo piszą, lecz nigdy nie odnoszą się do podstawowych, ważnych spraw. Raczej bagatelizują, wzruszają ramionami, zamieniają w żart. Nie podejmują poważnej rozmowy. Książka wywoła dyskusję w środowisku myśliwskim, bardziej lub mniej jawną. To wielka, stutysięczna społeczność. Są w niej bardzo różnorodni ludzie. Otwarcie mówisz o tym, że zabiłeś wiele zwierząt. Jakie uczucia towarzyszyły ci, kiedy jako myśliwy strzelałeś do nich? Fot. Piotr Morawski Przypominam sobie uczucie, które nieodłącznie towarzyszy polowaniu, a wstydliwie nie jest ujawniane, ponieważ wiąże się bezpośrednio z aktem zabijania. Trwa krótko i jest intensywne – jest to poczucie ogarniającego całe ciało spokoju , gdy celnie strzelisz i zwierzę zwala się w ogniu strzału. Czasami w agonii miota się na śniegu , próbuje wstać… , pada… , czołga się… i znowu… Jego ciało zostawia na śniegu krwawe ślady. Myśliwi mówią: „pisze na śniegu”. Ostatni list. W końcu nieruchomieje. Koniec. I wtedy w całe ciało strzelającego wlewa się na moment poczucie wyraźnego spokoju. W życiu myśliwego ten akt jest ponawiany wciąż i wciąż na nowo. Gdy zwierzę na twoich oczach po strzale padnie, to na tę chwilę, w tej sekundzie, czujesz się wszechmocny, masz poczucie całkowitego, absolutnego panowania – jesteś Panem Wszechmocnym. Jeśli darujesz życie i nie strzelisz, to też czujesz się Panem, tym razem Wielkodusznym. Zawsze wygrywasz. Ale… mniej więcej co piąta zadana śmierć związana jest ze ściganiem rannego zwierzęcia, dochodzeniem i dobijaniem poharatanego kulami, jeszcze żywego zwierzęcia. Trzeba patrzeć w gasnące oczy. I trzeba patrzeć na to z bliska. Dopiero wtedy musimy rzeczywiście zabić, uczestniczyć w tym w pełni. Widzieć, jak ostatnia kula w nasadę karku targnie poranionym ciałem zwierzęcia i jak uchodzi z niego życie. Takie polowanie, o którym do tej pory rozmawiamy, to jest polowanie wirtualne, podobne do gry komputerowej. Jesteś na ambonie, coś widzisz przez okienko, rozpoznajesz, składasz się, strzelasz i to „coś” znika. Idziesz za dwadzieścia minut na miejsce strzału i to „coś” leży – kawałek dalej lub w tym miejscu, gdzie dosięgła go kula. Ale to jest tylko ciało. Wcześniej nie idziesz, bo według niepisanej etyki myśliwskiej – trzeba dać zwierzęciu umrzeć. Moim zdaniem, rzeczywistym powodem jest to, żeby samemu nie widzieć śmierci. Bo to jest okropne i przejmujące do szpiku kości zdarzenie, kiedy ogląda się umieranie i śmierć. Tym bardziej wtedy, gdy się ją samemu zadało. Pojawia się również lęk – bo czyż można się nie bać tego, co się zabija? Czy pamiętasz, dlaczego zacząłeś polować? To nie był wyraźny, jednorazowy fakt w mojej przeszłości, to raczej cały proces. Wiesz, urodziłem się kilka lat po wojnie, w rodzinie… w ankietach pisałem: „robotniczej, matka nie pracuje”. Podziwiałem i kochałem ojca. Czasami się go bałem, czasami się go wstydziłem, na przykład wtedy, gdy się upił. Niekiedy strasznie go żałowałem – gdy przez kraty bramy nr 3 Stoczni Gdańskiej matka podawała mu zawiniątko z jedzeniem, bo musiał bez przerwy pracować i był bardzo brudny, zarośnięty i taki smutny. Tak bardzo chciałem mu wtedy pomóc. Żeby było mu dobrze, żeby nie był zmęczony i żeby nie musiał chodzić do stoczni. Gdyby to mogło zmienić jego los – oddałbym swoje dziecięce życie. Bardzo chciałem, żeby on mnie kochał. I podziwiał! I jakoś wiedziałem, że gdy będę taki jak ojciec, to właśnie tak się stanie – też będę podziwiany i kochany. Przez ojca i przez wszystkich. Czy chłopiec może chcieć inaczej? W późniejszych czasach niby nie żyłem życiem ojca, miałem swoje sprawy, jakieś środowisko, przyjaciół, dziewczyny, żonę i rozwód. Zawsze ciągnęło mnie do lasu, nad wodę, na ryby, na grzyby. Łowiłem zapamiętale pstrągi w pomorskich rzekach i szczupaki w jeziorach. Z ojcem spotykaliśmy się w domku myśliwskim – ja przyjeżdżałem na ryby sam lub z moją dziewczyną, a ojciec przyjeżdżał z kolegą na polowanie. Pomagałem im czasami, gdy trzeba było szukać rannych dzików, naganiać kaczki albo uprawiać kartofle. Zjadaliśmy złowione przeze mnie szczupaki i okonie, które smażyłem na żeliwnym piecyku – i tak sobota i niedziela mijały nam w lesie. Pewnego razu, w pierwsze upalne dni czerwca, przyjechałem motorem do domku myśliwskiego po raz pierwszy już ze swoją dubeltówką. Miałem 28 lat. Nie ma odpowiedzi na pytanie: „dlaczego zacząłem polować?”. Nie warto pytać. Wiesz, gdybym z moim życiorysem nie zaczął polować, pytanie mogłoby brzmieć: „Jak to się stało, że nie zacząłeś polować tak jak twój ojciec?”. Skąd pojawiły się w tobie wątpliwości co do uczestniczenia w polowaniach? Moje serce stawało się wrażliwe bardzo powoli. Pamiętam, zabrałem na polowanie dziewięcioletniego syna. Strzelałem do dużego dzika, padł w ogniu strzału. Wiedziałem, że już się nie podniesie, nie żyje. Jovan siedział na ziemi cichutko obok mnie, prawdę mówiąc zapomniałem o nim, liczył się tylko ten dzik. I nagle patrzę na Jovana, a on płacze. Pytam go: „Dlacze go płaczesz?”. Jego słowa zostały we mnie na długo: „Bo on tak przed chwilą sobie chodził, pił wodę, jadł, a teraz nie żyje”. To dziecko zobaczyło, jak jedna istota zabrała życie drugiej istocie. Przestałem polować w 1995 roku. Ale już dwa lata wcześniej zaczęło dziać się ze mną coś „dziwne go”. Najpierw zauważyłem, że coraz rzadziej jeżdżę na polowania, strzelam niechętnie, bez emocji. Zacząłem wreszcie coś widzieć! Ale jeszcze niezbyt jasno – to było na razie wyraźniejsze przeczucie. Pojechałem jeszcze na dwa polowania – w maju i lipcu 1995 roku. W maju strzeliłem do słonki. Pamiętam: wieczorna cisza, wszystko niezwykle znieruchomiałe i ciche, daleko na horyzoncie pojawia się jedna jedyna słonka. Jak zaczarowana leci prosto nad moją głową. Podniosłem broń. Spadła na sosnę. Koledzy chwalą mnie za piękny strzał. A ja stoję odrętwiały. Martwy. Lipiec, najważniejsze polowanie w życiu. Wieczór, jasno. Zobaczyłem dwie sarenki w niskim owsie. Patrzyłem na nie z przyjemnością, skryty za drzewem. I nagle z żyta obok wybiegają dwa psy i pędzą prosto na nie. Pierwszy raz w życiu strzeliłem do psa. Raz i drugi. Poczułem swoje ciało, ważyło tonę. Powiedziałem do kolegi, z którym polowaliśmy razem tego dnia: „Ja już nie będę polował. Zawieź mnie do domu”. Nie zaprotestował. Wreszcie zobaczyłem wszystko. Całym sobą poczułem, jak strasznie dużo cierpienia zadałem innym istotom. Z najgłębszych źródeł we mnie usłyszałem – nie zabijaj. Nie rób tego. Bezgłośne, mocne – nie! Czy książka ma obalić mity łowieckie, takie jak choćby ten, że myśliwy najlepiej reguluje populacje zwierząt w lesie? Wielu ludzi godzi się milcząco i z niesmakiem na to całe zabijanie, ponieważ poddani myśliwskiej indoktrynacji sądzą, że „nie ma innego wyjścia”. Po przeczytaniu tej książki, poczują ulgę – zrozumiałe staną się dla nich przyczyny owego osobiście odczuwanego przez nich niesmaku. Już nie muszą się na to zgadzać i nie będą czuli się bezradni, słuchając argumentów o „rozregulowaniu przyrody”, „zimowym dokarmianiu” czy o „braku drapieżników”. Będą wiedzieli. Jeżeli weźmie się pod lupę koronne argumenty łowieckie, ujawnia się ich interesowna powierzchowność, nijak mająca się do tego, co w lesie i na polu widać gołym okiem. Wystarczy przestać wierzyć na słowo myśliwym i szeroko otworzyć własne oczy. Czy dzisiaj łowiectwo ma jakąkolwiek rację bytu? Właściwie nie wiadomo, co by się miało zdarzyć ze strony jeleni, dzików, zajęcy, dzikich gęsi, bażantów czy saren, gdyby ich nie zabijać. Czy zagrażałyby współczesnym ludziom w miastach i na wsiach? Nie znam badań naukowych, które wykazały niezbędność istnienia myślistwa w przyrodzie. Spróbujmy przywołać w wyobraźni obraz przeciętnego myśliwego i zobaczyć go w lesie, z ostrą bronią, strzelającego, później patroszącego sarnę, albo wwożącego do lasu przyczepę buraków cukrowych, pastewnych, kukurydzy, kalafiorów czy też kapusty. Gdy wyobrazimy sobie ten obraz lub zobaczymy go w rzeczywistości, odpowiedź brzmi: myślistwo nie ma żadnej racji bytu. Myślistwo jest niepotrzebne przyrodzie. Właściwie, komu jest potrzebne? Czy jest potrzebne jako zachowanie socjologiczne? To przetarty szlak dla mężczyzn, konwencjonalny. Można poddać się tym zrutynizowanym i sztywnym sposobom życia wśród polujących mężczyzn. Jeżeli nie przekracza się tych wytyczonych ściśle reguł – mężczyźni w tej grupie mogą czuć się w miarę bezpiecznie. Wsiąka się w tę konwencję szybko, bo ma rozbudowany system wzajemnych gratyfikacji, są zwyczaje i tradycje, hejnały, hierarchia ważności, przywileje, ważniejsi i mniej ważni, władcy i poddani, myśliwscy bogacze i biedacy, ekstra polowania z oprawą dla myśliwskiej „szlachty” i biedne koła łowieckie, obowiązkowe składki, legitymacje ze zdjęciem, zezwolenia na broń, święta i dyplomy, nagrody, medale i zawody strzeleckie, jedzenie dziczyzny, zjazdy i bale, stroje, psy i samochody, duży rynek handlowy. Są lepsi i gorsi myśliwi, orły i ofermy, trofea i wyceny, wyścig i rywalizacja, państwowa struktura z władzami krajowymi, sądy łowieckie i wyroki, obwody łowieckie, domki i domy myśliwskie, dziczyzna na imieninowym stole. I to wszystko w całkowicie męskim towarzystwie, wśród kolegów połączonych milczącą zgodą, że będą tej konwencji przestrzegać i podporządkują się jej prawom. I jeszcze broń! Mogę mieć w domu broń – dubeltówkę, bocka, sztucer, kniejówkę, ekspres, flower – całą gamę różnorodnego, zabójczego żelastwa. Do tego specjalna szafa na broń i amunicję, amunicja do zabijania tego, tego i tego, skóry, poroża, szable, piórka, noże, pasy, lornetki, lunety, plamki, latarki, ubrania, piersiówki, buty, czasopisma, zezwolenia na odstrzał z odpowiednią pieczątką, dokumenty. Broń się czyści, konserwuje, „trenuje z nią na sucho”, przestrzeliwuje, pokazuje i chętnie demonstruje innym. Do tego dochodzą weekendy poza domem – przecież poluję! Gdy ogarnie się to wszystko, dopiero można zobaczyć, jaki to ciężki wór bagażu! Ileż różnego rodzaju kosztownych przedmiotów trzeba mieć i ile czasu ze swojego życia poświęcić na polowanie! Trzeba też na to wszystko zarobić i tak zorganizować sobie życie w rodzinie i w pracy, by polowanie było możliwe. Gdy mężczyzna postanawia zostać myśliwym, to ten specyficzny bagaż musi dźwigać on i jego rodzina. Przez całe życie. Gdyby ktoś chciał rozstać się z polowaniem, musiałby tego całego bagażu jakoś się pozbyć. Chyba łatwiej umrzeć! A czy jest potrzebne społeczeństwom? Mam pewność, że dopóki będziemy zabijali zwierzęta – będziemy zabijali siebie nawzajem. Współczesne myślistwo jest obarczone wyjątkowym ciężarem – jest zabijaniem dla rozrywki. Ludzkość akceptuje to, że pewna jej część zabiera innym istotom życie w ramach hobby, czyli dla zabawy. No cóż, akceptuje również zabijanie innych, „obcych” ludzi. Nie rozumiem tego, rozpaczliwie tego nie pojmuję. We właśnie minionym wieku setki milionów normalnych ludzi zabiło setki milionów innych normalnych ludzi. Ta hekatomba robi się wyrazistsza, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że dopiero w 1930 r. liczba ludzi na Ziemi przekroczyła dwa miliardy. To wzajemne, mordercze wyniszczanie trwa. Piąte przykazanie to wyschnięta na wiór, martwa atrapa – nie odnosi się do żadnych istot. Czy kultura łowiecka uczy szacunku do przyrody? Myśliwi często podkreślają, że chronią przyrodę… Myśliwskie „koronne argumenty” próbują przekonać ludzi, że zabijanie zwierząt wynika wyłącznie z konieczności. Że najważniejsze, to „hodowla”, „dokarmianie”, „regulacja”, że to z powodu braku drapieżników i że konieczna jest jakaś selekcja: „wedłu g mnie jesteś gorszy i dlatego cię zabiję”. „No… ta przyroda jest wspaniała…, a ten strzał to naprawdę ostateczność”. Każdy, kto choć trochę poznał to środowisko, miał okazję usłyszeć to całkowicie sprzeczne zdanie. Gdy polowałem, spotkania ze zwierzętami, do których nie mogłem strzelić, nie budziły we mnie emocji. Na chwilę zatrzymywałem się, by popatrzeć na łanię z cielakiem, ale po chwili ruszałem dalej, bo szukałem rogacza – jego chciałem zabić! Skupiałem się, tak jak reszta, głównie na dzikach, jeleniach i sarnach. Myśliwi nie są w stanie zrobić nicdla ochrony gatunków, które są zagrożone wyginięciem. Na gatunki zagrożone wyginięciem się nie poluje, a to dla myśliwych oznacza, że są one poza ich zainteresowaniem. Najwyżej mogą nie zabijać jakichś zwierząt. Pamiętam, jak na Żuławach z roku na rok spadała ilość zajęcy. W dwudziestu myśliwych, w jeden krótki zimowy dzień, zabijaliśmy ponad sto szaraków. Potem, z upływem lat, zaczęło ich być coraz mniej. Zabijaliśmy czterdzieści, trzydzieści, dziesięć, pięć. Zdarzało się, że polowanie przerywano w połowie dnia. Z nudów, bo padł jeden zając na dwadzieścia strzelb. I co? Przestaliśmy polować w następnym sezonie? Nie! Nie przyszło nam to do głowy, bo liczy się tylko polowanie. A gdyby coś nas tknęło w sprawie zaprzestania polowań, to co moglibyśmy zrobić, aby zahamować spadek liczby zajęcy? Nic! I dlatego chodziliśmy przez pół dnia za jednym zającem. W gruncie rzeczy przeczuwaliśmy też, że to, czy będziemy, czy nie będziemy ich zabijać, niczego nie zmieni. Byliśmy bezradni. Zajęcy będzie coraz mniej. Trzeba poczekać kilka lat, to potem będzie więcej. „Samo się zrobi”, bo to jest przyroda – i na to liczyliśmy, na cud natury. I tak się stawało – z latami zabijaliśmy dziesięć, dwadzieścia… Ale już nigdy sto. Ostatniego tura też ktoś zabił na polowaniu. Gdyby zdjąć embargo na odstrzał wilków – już po nich! Pewnego razu, w maju, siedzieliśmy wieczorem przy ognisku. Śpiewały ptaki – głównie kosy. Jeden z mężczyzn zapytał: „Ty, a co to za ptak tak śpiewa?”. Chodziło o pospolitego kosa. Mężczyzna, który pytał, był myśliwym. Czy ludzie z taką świadomością przyrody mogą coś dla niej zrobić? Ten człowiek usłyszał śpiew ptaka i zapytał. Teraz wie. Ilu myśliwych „nie usłyszy nawet kosa”? Odnoszę wrażenie, że większość myśliwych ma żenującą wiedzę przyrodniczą. W czasie, gdy chodziłem na kurs dla kandydatów na myśliwych, w programie nie było nawet okrucha wiedzy o wzajemnych współzależnościach i związkach w przyrodzie. Po co?! Zresztą, który z grona wykładowców byłby w stanie podjąć taki temat? To jest przecież kurs dla przyszłych myśliwych! Regulamin polowań, zwierzyna łowna, pies, broń, prawo łowieckie, ambony, statut – to były ważne tematy. Potem, już jako myśliwi, szliśmy z gładką i ostrą bronią do lasu i na pola, aby „utrzymywać równowagę przyrody”, „regulować populację”, „zastępować drapieżniki”, „selekcjonować”, „gospodarować zwierzyną łowną” i „dokarmiać”. Łowiectwo to spory biznes. Pewnie na własne oczy widziałeś, jacy ludzie polują. Czy to prawda, że myśliwymi są ludzie elit, którzy podczas łowieckich spotkań załatwiają różne interesy? Polują naprawdę różni ludzie, to przekrój całego społeczeństwa, a są w nim także elity. Lobby myśliwskie to bardzo poważna siła polityczna, skutecznie działająca na rzecz swoich interesów w imię wspólnej rozrywki. Ma bardzo mocne, głębokie powiązania, które są subtelnym, niewidzialnym, ale wręcz stalowym spoiwem tej społeczności. W Polsce, w czasie trwania kadencji sejmu 2001-2005 co szósty senator lub poseł był myśliwym. Wyobraźmy sobie, że taki myśliwy jest radnym, posłem, senatorem czy też ministrem w jakimkolwiek układzie politycznym. Co się zdarzy, gdy jakaś sprawa zagrażająca w jakikolwiek sposób myślistwu trafi na jego biurko? Innymi słowy: co się zdarzy, gdy coś lub ktoś zagrozi temu, co jest mu najbliższe i najdroższe? Pewien bardzo wówczas wpływowy minister, na posiedzeniu rządu dotyczącym parków narodowych, walczył jak lew o zmianę w projekcie ustawy wyrażenia „opinia” na „zgoda samorządów lokalnych”. Wywalczył! I premier nakazał wpisanie takiej zmiany do projektu ustawy. O co tu chodzi? O Puszczę Białowieską, w której ów człowiek ma leśny dom i właśnie tam poluje. Pozostawienie słowa „opinia” przybliża objęcie całej Puszczy prawami parku narodowego. Oznaczałoby to, że w ostatnim pierwotnym lesie na całym niżu europejskim, w Puszczy Białowieskiej, wyniszczanej od lat dwudziestych minionego stulecia przez Niemców i Anglików, a w obecnych czasach wyniszczanej z jakąś taką ponurą zaciekłością przez państwowe (!) przedsiębiorstwo, skończyłoby się wyrzynanie drzew i zabijanie żyjących tam zwierząt. Nie ma polowań! Wpisanie słowa „zgoda” do tej ustawy pozwala robić to w Puszczy Białowieskiej jeszcze przez wiele lat, bo łatwiej wywierać naciski na samorządowe władze lokalne, od których akceptacji, w takiej sytuacji prawnej, wiele zależy. W wyniku zapisu w ustawie, na losy tego reliktowego lasu wielki wpływ mają władze trzech puszczańskich gmin i Administracja Lasów Państwowych, która wyrzyna tam rocznie i wywozi grubo ponad 100 tysięcy metrów sześciennych (!) kłód różnych drzew. Żeby wywieźć taką masę drewna, z częstotliwością co dwadzieścia minut, różnymi drogami, wyjeżdża z Puszczy wielki pojazd załadowany „pod sufit” pniami. „Dziedzictwo Ludzkości” – taki napis widnieje nad bramą niedużego obszaru ochrony ścisłej w Puszczy Białowieskiej. Ironia czy co? Indianie mówią: „Wskocz w jego buty”. Gdybym był w sytuacji tego ministra – właśnie tak bym postąpił, ponieważ nie chciałbym tego całego, naprawdę poważnego zamieszania w życiu, związanego z poszukiwaniem nowego łowiska, sprzedażą jednego domu, szukaniem lub budową drugiego, przeprowadzką, poznawaniem nowych ludzi w kole łowieckim. O nie! Tylko nie to! Walczyłbym jak tygrys. Myśliwi na każdym „stołku” wiedzą, jak chronić swoje interesy. I nie muszą toczyć narad, ustalać strategii, podpisywać porozumień – wiedzą „sami z siebie” i w jednej chwili, co trzeba robić, ponieważ te sprawy dotyczą najbliższej ich ciału koszuli. Polują niemal sami mężczyźni. Jak myślisz, dlaczego tak jest? W swojej książce publikujesz rozmowy z żonami myśliwych – jakimi refleksjami dzieliły się z tobą? Polują mężczyźni, bo są fizycznie więksi i silniejsi od kobiet. Ale widziałem też ładną, uśmiechniętą, zadowoloną kobietę z zakrwawionymi rękoma przy patroszeniu sarny. Lecz przyznać trzeba, że to rzadkość. Całe szczęście niewielu kobietom robi się taki niezrozumiały „przekręt” w głowie. Niektóre z nich obecne są w myśliwskim sposobie życia w inny sposób, inaczej wspierają myślistwo. W jaki sposób? Widzę ważny, wspierający myślistwo udział kobiet. Żony myśliwych mają na stole dziczyznę, robią uczty imieninowe czy inne. Czują się wtedy lepsze od innych kobiet. Wiem to z ich relacji. Są również, tak jak wielu innych ludzi, uwiedzione przez tę przebogatą retorykę myśliwską. Pewnie też odzywa się w tym jakiś kobiecy atawizm, zgodnie z którym poczucie wartości samicy wzrasta, jeżeli została wybrana przez samca zwycięzcę. „Zwycięzcę”, ponieważ w tej konwencji przyjmuje się, że gdy zakatrupiłeś z karabinu jakiegoś zwierzaka – „jesteś gość”. Kobiety dając takie potwierdzenie swoim męskim partnerom życiowym – współuczestniczą w reperowaniu, nienajlepszego zazwyczaj, męskiego samopoczucia. Grają w jego grę, przyjmują nie dla nich napisany scenariusz za swój – i wierzą w niego, jakby był ich. Znam kobietę, która zorganizowała to hobby mężowi, była reżyserem wszystkiego. Zbudowała nawet paśnik, który on miał postawić w ramach wymogów podczas stażu myśliwskiego. Myśliwi chcieliby być widziani przez kobiety jako osoby bardziej męskie, obdarzone szczególnymi umiejętnościami, których inni nie mają. Roztaczają wokół siebie aurę, że umieją robić coś, czego wielu mężczyzn nie potrafi, że trzeba być naprawdę nie byle kim, takim „stuprocentowym facetem”, żeby polować. Chcieliby także, żeby kobiety ich za to podziwiały, co jest dosyć ryzykowne, bo znam kobiety, dla których fakt, że mężczyzna jest myśliwym, dyskwalifikuje go w ich oczach. Myśliwi chcą być postrzegani jako tak zwane jurne chłopy. Zapewne podobają się niektórym kobietom w tym maskującym stroju i odpowiednim kapelusiku na głowie, z karabinem na plecach i innymi gadżetami – terenowy samochód dobrej marki jest bardzo pożądany. Mój ojciec nie żyje już ponad dwadzieścia lat, a moja matka niedawno powiedziała: „Tak naprawdę, to życie z myśliwym było marne. Pewna część pieniędzy, nie wiadomo jaka, szła na polowanie – na to zawsze się znalazły. Ojca prawie nigdy nie było w domu. Ja byłam ciągle sama i to nie było dobre życie”. Moja mama ma 84 lata. Nigdy do tej pory tego nie powiedziała. Od kilku lat zaangażowałeś się w działania dla ochrony Puszczy Białowieskiej i ochrony drzew przydrożnych i miejskich. Dlaczego Twoim zdaniem warto chronić przyrodę? Choćby dlatego, że jest piękna! Nie istnieje inne piękno na Ziemi. Jak można nie chronić piękna wszelkiego istnienia? Wczoraj koleżanka opowiadała o swojej miesięcznej włóczędze po Kubie. Tam jest brzydko, bo zniszczona jest przyroda. Lesistość 11% – kiedyś prawie 100%. Wszystko zostało wycięte dla założenia plantacji trzciny cukrowej. Wszędzie, gdzie zniszczona jest przyroda – jest brzydko, całe istnienie, łącznie z ludźmi, źle się tam czuje, choruje. Niszczenie przyrody, poszerzanie urbanistycznej brzydoty wokół nas, śmieci, niestaranność życia i jedzenia, plaga naszych czasów, czyli „niemanie czasu”, o której myślę, że jest jedną z głównych chorób cywilizacyjnych, degenerujących życie na wszystkich poziomach – to wszystko razem wzięte, ma dramatyczny wymiar. Źródło tej hekatomby bije wewnątrz każdego z nas i każdy z nas ma w tej osobistej, intymnej sprawie coś poważnego do zrobienia. To nie jest jakaś mała gra – w tej najważniejszej grze naszego życia chodzi o najgrubszą zwierzynę! Nauczyciele duchowi mówią, że wszystko jeszcze jest możliwe, naprawdę nie wiadomo w jakim kierunku to się potoczy. Jest takie powiedzenie: „Nawet na dzień przed końcem świata warto zasadzić drzewo”. Sensei Sunya Kjolhede opowiedziała kiedyś anegdotę, która kilka razy wydobyła mnie z przygnębiającego zniechęcenia: Zenon Kruczyński „Premier Winston Churchill u schyłku swojego życia został zaproszony na uroczystość do college’u, do którego w młodości uczęszczał i z którego został wydalony za brak postępów w nauce. Miał wygłosić mowę do młodych abiturientów. Gdy przyszedł na to czas, podniósł się ze swego miejsca i… długo milczał… W końcu chrapliwie przemówił: — Nie poddawajcie się… nigdy! Usiadł, ciężko oddychał… Po paru chwilach wstał znowu, zrobił krok do mikrofonu i powiedział: — Nigdy się nie poddawajcie! I usiadł. To był koniec mowy”. Dziękuję za rozmowę. Zenon Kruczyński – ur. w 1950 r. w rodzinie myśliwskiej, podtrzymywał tradycję rodzinną przez kilkadziesiąt lat. Przestał polować w wieku dojrzałym. Obecnie, podążając ścieżką swoich wieloletnich zainteresowań i wykształcenia, zajmuje się prowadzeniem wraz z pracownią psychologiczną „Makami Nature” warsztatów rozwoju osobistego „Energia w działaniu” i autorskich warsztatów „Wgląd w relację pomiędzy ludźmi a zwierzętami”. Jest współpracownikiem Instytutu Psychoimmunologii w Warszawie. Czynnie zaangażowany w działania na rzecz środowiska. Ma żonę i dwoje dzieci. Wegetarianin, praktykuje zen. Polowania w Polsce Cztery pory roku w polskim lowiectwie: Wiosna : polowanie na rogacze. Na wiosnę, zanim zboża wyrosną utrudniając widoczność, polowanie na rogacze sarny jest prawdziwą przyjemnością. Po długiej zimie zwierzyna jest ożywiona promieniami słońca oraz złakniona świeżej trawy. Polowania wiosenne należą do niezwykle przyjemnych. W zależności od Waszych życzeń znajdziemy spośród naszych łowisk miejsce spełniające wymagania nawet najwybredniejszych ! Jedne łowiska oferują duże trofea, inne : trofea słabsze, ale w dużej ilości oraz umożliwiają polowanie na dziki. Lato : Dobry okres na duże trofea to rujka, pod koniec lipca, początek sierpnia. W czasie żniw, kiedy zboże jest już skoszone można zaobserwować kozły szukające kóz, wietrząc za nimi z nisko opuszczonym łbem. [...] Polowania w Rumunii Związek Myśliwych Rumuńskich regionu Sibiu bardzo gościnnie przyjmuje naszych myśliwych w łowisku. Piękne górskie polowania organizowane są z podchodu, z zasiadki a także przy pomocy pędzeń nawet dla małych 5-6 osobowych grup myśliwych. Piękne trofea rogaczy, jeleni są regularnie pozyskiwane (rogacze poniżej 300g uważane są za mało interesujące, dopiero powyżej 400g zasługują na uwagę; byki do 7kg maja te sama opłatę ze odstrzał, trofea o wadze powyżej 10 kg nie należą do rzadkości). Polowanie na niedźwiedzia odbywa się na nęciskach, w nocy, z ambony, lub również przy pomocy pędzeń. Polowanie na wilka udaje się w 60%. [...] Polowania w Anglii Klasyczne polowanie na gołębie rozpoczyna się ok. 9 rano. „Ranger” prowadzący polowanie przyjeżdża po was do hotelu i zawozi w przygotowane do polowania miejsca. Są to wybrane wcześniej w zależności od tras wybieranych przez gołębie, odpowiednio usytuowane, dobrze zakamuflowane zasiadki. „Karuzela” z plastikowymi formami przyciąga ptaki, umożliwiając w ten sposób odstrzał około 300 sztuk ptaków, w 3-4 myśliwych w ciągu weekendu! Należy przygotować sporo amunicji, dziennie na jednego myśliwego należy liczyć około 300 sztuk amunicji! Anglia może również zaproponować polowanie na króliki, kaczki, gęsi, bekasy, bażanty, [...] Wedkarstwo muchowe nad Dunajcem Dunajec , rzeka w poludniowej Polsce, znana jest przede wszystkim ze wspanialych pstragów, lipieni i glowacic. Jest to rzeka górska, jej szerokosc waha sie od 40 do 80m. Za poczatkowy odcinek uwaza sie Czarny Dunajec na Slowacji. Rzeka Dunajec ma 247 km, z czego 18 km liczy odcinek graniczny miedzy Polska a Slowacja. Lowisko specjalne OS Dunajec zostalo utworzone w 2007 roku i obejmuje odcinek rzeki Dunajec od potoku Krosniczanka do ujscia potoku Ochotnica, lacznie 11 km. [...] Polowanie w Mozambiku Mozambik, państwo położone w południowo-wschodniej Afryce nad Oceanem Indyjskim. Graniczy z RPA, Suazi, Tanzanią, Malawi, Zimbabwe oraz Zambią. Mozambik objęty jest działaniem klimatu podrównikowego, z porą deszczową w okresie od października do marca. Na terenie Mozambiku proponujemy polowania na terenie czterech łowisk [...] Polowania w Namibii To jest nasze ulubione łowisko!! To jest wspaniale Namibijskie safari! Polowanie u rodziny niemieckich osadników (trzecie pokolenie), w terenie obejmującym w sumie około 70 000 ha, położonym 80 km na południowy wschód od Windhoek. (godzina drogi z lotniska!) Położenie Namibii na wysokości około 1100m nad poziomem morza sprawia, ze nie ma tu komarów, w związku z tym żadne szczepienia nie są obowiązkowe, a nawet zabezpieczenia przeciw malarii! Skaliste góry i równiny tworzą doskonale punkty obserwacyjne. W trakcie pobytu będziecie mogli obserwować, dziesiątki a nawet setki zwierząt rożnych gatunków. Wspaniałe przyjęcie, dom i kuchnia warte europejskich gwiazdek [...] Polowanie w Maroku Przylot na lotnisko w Agadir. W Maroku myśliwego z zagranicy przyjmuje się z szacunkiem : wita sie go z uśmiechem, a formalności związane z pobytem oraz odprawą trwają zaledwie kilka minut. Hotel jest położony jest 35 min od lotniska. Przystępna cenowo oferta zawiera : pełne wyżywienie, dostęp do basenu podczas całego pobytu, duże klimatyzowane pokoje z wodokiem na ocean. Pierwszego wieczoru, po przybyciu na miejsce myśliwi z zagranicy spotykają się z popdprowadzającymi w celu omówienia spraw organizacyjnych. Nazajutrz pobódka wcześnie rano i pierwszy wyjazd do łowiska położonego 35 min dalej. [...] Polowanie w RPA Raj dla drobnej zwierzyny Zwykle Afryka kojarzy się z polowaniem na antylopy. Dobrze rozwinięte rolnictwo, duże połacie pól, pozwalają drobnej zwierzynie wyżywić się w dostatku, a nawet powodować duże szkody... dlatego tez myśliwi są mile widziani. Gołębie i turkawki pojawiają się w ilościach ogromnych; miliony tych ptaków są widoczne nad polami. Polujemy na gołębie, turkawki, bażanty, kuropatwy, dzikie gęsi, perliczki, a nawet zające... Polujemy od 1go marca do 15go czerwca w łowiskach, na południu od Johanesbourga niedaleko Freestate w okolicach Welkom & Bloemfontein.[...] Oferta Materiał Wideo

polowanie na dziki rumunia